Super Historia: Sanacyjny obóz koncentracyjny

2014-06-16 15:21

Wybić z głowy opór wobec władzy - opresją i poniżaniem. Bez sądu, bez prawa do skargi. Taki był cel kierowania do Berezy Kartuskiej. Do Miejsca Odosobnienia w województwie poleskim posyłano w II RP "przeciwników porządku i demokracji".

Więźniowie Berezy gimnastykowali się regularnie, pracowali i odpoczywali. Pod hasłem "gimnastyka", "praca" i "odpoczynek" kryły się jednak zaskakujące praktyki. Byli osadzeni nie szczędzili drastycznych szczegółów w swoich wspomnieniach. Nie bez przyczyny Bereza zyskała miano polskiego obozu koncentracyjnego. Nie był to wprawdzie obóz zagłady, ale to i tak niechlubna karta naszej historii.

Rozporządzenie Ignacego Mościckiego z 17 czerwca 1934 r. w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu miało moc ustawy. Zezwalało na "przytrzymanie i skierowanie osoby przytrzymanej do miejsca odosobnienia" na mocy decyzji administracyjnej. Do zamknięcia w obozie wystarczyło uzasadnienie: nie rozpatrywano dowodów winy, nie było sądu ani wyroku. Na tak słabej niekonstytucyjnej podstawie od lipca 1934 do sierpnia 1939 r. przez Berezę Kartuską przebrnęło blisko 3 tysiące osób.

Zobacz: Super Historia: Szpieg, który wszedł na salony

Premier Leon Kozłowski przedstawił projekt utworzenia Miejsca Odosobnienia. Piłsudski przystał, mówiąc: "nie mam nic przeciw tej waszej czerezwyczajce". Użyte słowo świadczy o tym, że proponowane rozwiązanie kojarzyło się marszałkowi z CzK i represjami sowieckimi. Z drugiej strony sytuacja w kraju wymykała się spod kontroli. Obóz Narodowo-Radykalny, czerpiąc wzory z hitlerowskich Niemiec, rozpoczął terror, wobec którego władze były bezradne.

Czytaj też: Super Historia: Niestabilne państwo ruskie

Pierwszymi osadzonymi w Berezie było dziewięciu działaczy ONR. Rolę personelu pełnili kryminaliści, niekiedy ze skutkiem śmiertelnym dla nadzorowanych przez siebie więźniów. W polskim obozie, wzorowanym na "osiągnięciach" więziennictwa radzieckiego oraz obozie hitlerowskim utworzonym rok wcześniej w Dachau, spędzało przepisowe trzy miesiące "nauczki", przedłużanej niekiedy do roku, od 100 do 600 osób jednocześnie.

Narzędzie ochrony

Miejsce odosobnienia było ciasne, zaaranżowane w carskich koszarach. Asumptem do utworzenia obozu stało się zamordowanie ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego przez Hryhorija Maciejkę. Ale podobnych zamachów było więcej. Zabito choćby Tadeusza Hołówkę, wiceprezesa BBWR. Obu zastrzelili działacze OUN - Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Polscy nacjonaliści też byli w tym czasie postrachem ulic. Pismo narodowców "Sztafeta" wzywało piórem szefa Młodzieży Wszechpolskiej do walki kulą rewolwerową zamiast kartki wyborczej. W takich okolicznościach 12 lipca 1934 roku naoliwiono stare zawiasy w drzwiach koszar Berezy Kartuskiej. Do momentu "wyzwolenia" obozu przez Rosjan w 1939 roku drzwi te praktycznie się nie zamykały. Według premiera II RP Felicjana Sławoja Składkowskiego "Bereza była niepopularnym i przykrym, ale pożytecznym narzędziem ochrony państwa". Mimo że nie zapobiegła pobiciom i morderstwom na tle narodowym.

W ryzach Berezy

To miejsce miało druzgotać psychicznie. Z premedytacją łamano w nim prawa człowieka. Ze wspomnień byłych więźniów wyłania się ponury obraz upodlenia. Nikt nie wychodził stamtąd bez uszczerbku na zdrowiu, także psychicznym. Normą były poobozowe depresje, zdarzały się też załamania, a nawet samobójstwa. Niektórzy tego "odosobnienia" nie przeżywali. Według ostrożnych szacunków w ciągu pięciu lat działalności w Berezie zmarło od 13 do 20 osób. Trafiano tam za działalność wywrotową, ale i przestępstwa gospodarcze oraz pospolite. Przeciwnicy polityczni sanacji spali na betonie obok złodziei, bankruci ćwiczyli mordercze pompki w jednym rzędzie z terrorystami, endecy kopali rowy między komunistami. Łachmany, brud, wszawica i zimno były w Berezie elementami resocjalizacji dla członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Komunistycznej Partii Polski, Obozu Narodowo-Radykalnego, ale i PPS oraz Stronnictwa Ludowego.

Błoto dla zuchwałych

W Berezie bito. W twarz, żeby poniżyć. Budzono o 3.00 nad ranem, aby pozbawić sił i woli. Non stop obrzucano wyzwiskami. Kwarantanna po przybyciu polegała na spaniu na gołym betonie. Ciągła bezsensowna musztra - biegi, skoki, marsze, pompki i przysiady - nie miała końca. Podobnie jak kopanie i zasypywanie rowów, przenoszenie kamieni z miejsca na miejsce oraz pompowanie wody bydlęcym kieratem. Kazano więźniom czołgać się w błocie wycieków z popsutej latryny. Wypróżnianie odbywało się na komendę - w ciągu półtorej sekundy, co było "wszechobozowym" rekordem świata. Jedzenie nie zasługiwało na to miano. Dzienny koszt wyżywienia więźnia wynosił tyle, ile kosztowała wówczas miarka kaszy i ćwierć kilo cebuli: ok. 50 gr. Koszty utworzenia obozu były jednak wysokie. Bereza Kartuska podawała w wątpliwość sens demokracji i podważała reputację Polski, zawsze chcącej się widzieć po jasnej stronie historii.

ZAPISZ SIĘ: Codziennie wiadomości Super Expressu na e-mail

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki