WIADOMOŚCI Polityka Polska Warszawa Świat Opinie Ciekawostki USA NowaTV
Se.pl wiadomości opinie Andrew Nagorski komentuje: Stany Zjednoczone nie umieją słuchać rozczarowanych

Andrew Nagorski komentuje: Stany Zjednoczone nie umieją słuchać rozczarowanych

09.11.2016, godz. 02:00
Hillary Clinton i Donald Trump
foto: AP

Andrew Nagorski, były korespondent Newsweeka w Europie Wschodniej, podsumowuje kampanię prezydencką w USA.

"Super Express": - Śledząc amerykańskie wybory prezydenckie, aż chce się zapytać, co się stało z Ameryką? Jeszcze kilka lat temu populista w rodzaju Donalda Trumpa przegrałby z kretesem prawybory.

Andrew Nagorski: - Aby zrozumieć, co wydarzyło się w tych wyborach, musimy zrobić krok w tył i zobaczyć, co wydarzyło się w dwóch głównych amerykańskich partiach. Wszyscy skupiamy się na Donaldzie Trumpie, ale i Republikanie, i Demokraci zawiedli.

- W jaki sposób?

- Przede wszystkim obu ugrupowaniom nie udało się wyłonić nowego przywództwa. Hillary Clinton ma 69 lat i jeśli wygra, będzie miała tyle samo lat, co Ronald Reagan, kiedy został prezydentem. A był on najstarszym prezydentem w historii USA. Donald Trump ma z kolei 70 lat. Można się zastanowić, czemu obie partie nie potrafiły wyłonić kandydata z młodszego pokolenia, który reprezentowałby nowe idee, miałby więcej energii i nie był tak obciążony politycznym bagażem.

- Ameryka była na nich skazana?

- Oboje mają swoich entuzjastycznych wyborców, ale jednocześnie każde z nich ma ogromny elektorat negatywny. Choć oboje w swoich partiach mieli dużą wewnętrzną opozycję, z różnych przyczyn stali się jednak kandydatami. W przypadku Clinton w jakimś sensie wydawało się to nieuniknione. Uznano, że i tak ma najwięcej pieniędzy na kampanię oraz najwięcej wsparcia ze strony establishmentu Demokratów. Nawet ci, którzy nie byli zbyt entuzjastycznie do niej nastawieni, uznali, że nie da się jej zatrzymać.

- Wygrana w prawyborach Trumpa pokazuje chyba jednak to, że więcej problemów ze sobą mają Republikanie.

- Partia Republikańska była podzielona w wielu sprawach i niepewna tego, w jakim kierunku ma podążyć. Pośród tak wielu kandydatów w prawyborach znalazł się Trump. Ze swoimi skandalizującymi wypowiedziami, ale także umiejętnością skanalizowania prawdziwej frustracji i niepokojów części Amerykanów, potrafił zmobilizować tych, którzy czuli się wykluczeni. Dzięki temu wszystkiemu mamy tak dziwną kombinację kandydatów.

- Nie brakuje głosów, że popularność Trumpa wynika w dużej mierze z efektów neoliberalnej rewolucji, która wielu Amerykanów pozbawiła perspektyw życiowych. Ten gniew, na który inni nie potrafili odpowiedzieć, przejął właśnie Trump.

- Nie ma wątpliwości, że kwestie ekonomiczne odgrywają tu swoją rolę. Stany, takie jak Ohio czy Michigan, gdzie w wyniku globalizacji zamknięto wiele fabryk, a miejsca pracy wywędrowały do Meksyku czy Chin, są tego najlepszym dowodem. Mieszkający tam ludzie, kiedy zaczynali pracę, mieli wiele możliwości. Dziś one zniknęły, a ludzie nie potrafią się zaadaptować do nowych warunków. Trump potrafił zagrać na ich frustracji. Co zresztą ciekawe, zarówno on, jak i kontrkandydat Clinton w prawyborach, socjalista Bernie Sanders, w tych kwestiach mieli podobne stanowisko.

- Amerykańska elita może mieć tylko do siebie pretensje, że Donald Trump stał się tak silną osobowością w tych wyborach?

- Nie ma wątpliwości, że wśród Amerykanów narosła frustracja i wściekłość na elity i ich wygodny styl życia. Hillary Clinton dla wielu to osoba, która jest tego arcyuosobieniem. Widzą, jak wiele pieniędzy zarobiła od czasów prezydentury jej męża, choćby pośrednio poprzez fundację Clintonów. Irytuje ich to, jak dzięki tym pieniądzom wyrobiła sobie wpływy. Stworzyło to wiele problemów Demokratom, co widać było w tej kampanii, i wcale nie znikną one wraz z ewentualną wygraną Hillary Clinton. Te sprawy będą nadal wracać.

- Clintonowie są też chyba najlepszym przykładem na to, że - jak ujął to Timothy Snyder - Ameryka była kiedyś demokracją z elementami oligarchii, a dziś stała się oligarchią z elementami demokracji. Można powiedzieć, że Trump jest dzieckiem systemowego kryzysu amerykańskiej polityki?

- Coś jest na rzeczy. Nakłada się na to jeszcze, moim zdaniem, istotny problem z przekazem informacji, niezbędnym do funkcjonowania demokracji i wynikający z tego kryzys debaty publicznej. Jak obaj wiemy, zmiany w branży medialnej premiują agresywnych kandydatów, którzy upraszczają przekaz i nawet jeśli ich tezy są konfrontowane przez media, nie przekonuje to wielu wyborców. Ludzie zdają się bardziej ufać temu, co przeczytają w internecie. Nawet jeśli to, co jest tam napisane, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To wszystko sprawia, że prowadzenie normalnej debaty, w której można przyznać rację oponentowi, nie jest możliwe. Zwycięzca bierze wszystko.

- Obserwując scenę polityczną w wielu krajach, można odnieść wrażenie, że to nie tylko lokalny koloryt USA.

- Dokładnie. Widać to wyraźnie nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w Europie. Rodzi to poważne wątpliwości, czy jako społeczeństwo jesteśmy w stanie konfrontować się z problemami oraz radzić sobie z rozczarowaniem i niezadowoleniem. Wściekłość i rozgoryczenie istnieją w każdym społeczeństwie, ale to, jak sobie z tym radzisz i czy dajesz ludziom poczucie, że mogą je wyrazić i zostać wysłuchani, jest wielkim wyzwaniem współczesnego świata. Na razie nie bardzo sobie z tym radzimy, co pokazuje popularność takich kandydatów jak Donald Trump.

autor: Tomasz Walczak zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: