WIADOMOŚCI Polityka Polska Warszawa Świat Opinie Ciekawostki USA
Se.pl wiadomości opinie Marek Król: Pies pirotechnika

Marek Król: Pies pirotechnika

19.09.2016, godz. 07:00
Marek Król
Marek Król foto: Super Express

Znany jest powszechnie syndrom psa ogrodnika czy też jego przeciwieństwa – psa na baby. Jürgen Roth, niemiecki dziennikarz śledczy, autor „Tajnych akt S”, ujawnił szczególną rolę psa pirotechnika. Podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego w grudniu 2012 roku prokurator generalny Andrzej Seremet oświadczył, że pies nie wykrył żadnych materiałów wybuchowych przed odlotem tupolewa 10 kwietnia.

Pies, jak wiadomo, nie może zeznawać w prokuraturze, ale prowadzący go pirotechnik już tak. A ten zeznał, że pies nie sprawdzał całego samolotu, gdyż czynności te przerwał silny hałas. Krótko mówiąc – włączono silniki odrzutowe i pies przestał węszyć. Zwrócił na to uwagę Roth, opisując przebieg śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. I za tę chłodną precyzję relacji lubię Niemców. Polak napisałby wprost, że prokurator generalny rżnął głupa, opowiadając, że samolot został sprawdzony pirotechnicznie. Takich przypadków niezgodności słów wysokich urzędników z czynami i rzeczywistym stanem rzeczy przytacza Roth bez liku. Śledztwa na tak żenującym poziomie, co potwierdzają przytaczani przez Rotha specjaliści z różnych krajów, świat jeszcze nie widział. Pies pirotechnika może być symbolem bałaganu i tandetnych działań służb państwowych, które odpowiadały za bezpieczeństwo lotu. Kiedy w rolę psa pirotechnika wcielił się Cezary Gmyz, bo nie bał się wycia prorosyjskich silników medialnych i ujawnił obecność trotylu w rozbitym tupolewie, wydawca wyrzucił go z „Rzeczpospolitej”. Większość mediów europejskich, w tym niemieckie, kopiowała rosyjskie przekazy o przyczynach katastrofy, nie zadając sobie trudu jakiegokolwiek śledztwa. Cóż, psy pirotechników z całej Europy, nie tylko z Niemiec, były wiernie wpatrzone w oczy Tatiany Anodiny i nawet nie próbowały węszyć, by nie narazić się na złość Kremla. A tymczasem ostatnio Tatiana Anodina zaskoczyła wszystkich. Szefowa MAK zwróciła się do podkomisji badającej katastrofę smoleńską o przekazanie zgromadzonych dowodów, potrzebnych do ewentualnego podjęcia badań. Przecież MAK zakończył cztery lata temu badania katastrofy, więc o co tu chodzi? Jakby tego było mało, to Anodina chce spotkać się z podkomisją. To jakaś zniewaga dla prorosyjskich polskich mediów, które przez lata przekonywały, że w komisji Macierewicza siedzą oszołomy z profesorskimi tytułami. Taki autorytet oralny jak prof. Andrzej Zoll nazwał ich sektą smoleńską, z którą nie warto rozmawiać. Uspokajam, gesty Anodiny to żadna zmiana, lecz realizacja starej sowiecko-rosyjskiej doktryny. Zgodnie z nią winni katastrofy są ci, którzy zginęli. Gołym okiem widać, że PO stoi nad grobem, który sama sobie wykopała, a więc Rosjanie obwinią Tuska za katastrofę smoleńską. Rosyjski pies pirotechnika już macha radośnie ogonem, by przypomnieć liczne uchybienia w przygotowaniu lotu do Smoleńska. Znajomi pytają mnie, dlaczego Tusk wygląda jak własny portret trumienny. A jak ma wyglądać, skoro Rosjanie pokazują mu jego klepsydrę podpisaną przez Putina?

REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: