WIADOMOŚCI Polityka Polska Warszawa Świat Opinie Ciekawostki USA NowaTV
Se.pl wiadomości opinie "MASA" w WIĘC JAK?: Powtórzyłbym swoje życie

"MASA" w WIĘC JAK?: Powtórzyłbym swoje życie

04.11.2016, godz. 02:00
Źródło: Super Express TV

- Jestem wolnym człowiekiem i mogę robić wszystko. Nie mogę tylko dokonywać przestępstw i na pewno tego nie zrobię. - mówi Jarosław "Masa" Sokołowski w rozmowie ze Sławomirem Jastrzębowskim podczas programu "Więc jak?".

"Super Express": - Zacznijmy od "Żołnierzy mafii" i żołnierza, którego pan zidentyfikował jako kibica Legii i narobił pan olbrzymiego zamieszania w całej Polsce. Ma on bowiem rządzić kibicami tego klubu.

Jarosław Sokołowski ps. Masa: - Jest jednym z rządzących.

- Kto to jest ten "Czerwus"?

- To uczestnik grupy "Mięśniaka" od rozwiązań siłowych.

- I skąd pan wie, że on teraz rządzi Legią?

- Mam wielu sprzymierzeńców, wielu kolegów w tych środowiskach i stąd mam wiele informacji. Uderzyło mnie od razu, kiedy oglądałem materiał o tych patrolach bijących się na ulicach Madrytu, bo poznałem "Czerwusa".

- Powiedział pan dużo więcej, m.in. to, że jest to człowiek, który ma karty magnetyczne i wchodzi, gdzie chce.

- Tak. Jeszcze wcześniej zagłębiłem się w temat. Spytałem kilku osób i otrzymałem wyczerpującą odpowiedź.

- To niech się pan to wiedzą podzieli.

- Kiedy pierwszy raz pisałem o tym na Facebooku, moja wiedza była taka, że zaprzyjaźniony jest z włodarzami Legii. I to się nie zmieniło.

- Włodarzami, czyli właścicielami?

- Mówię tutaj o ludziach, którzy kierują klubem. W tej chwili można ten mój wpis uzupełnić o tyle, że z Rafałem Pasztelańskim zrobiliśmy własne śledztwo i doszliśmy do tego, że pan Leśnodorski jest tu kozłem ofiarnym. Chodzi o pana Mioduskiego, który przed kamerami powiedział, że boi się o swoje życie i życie swojej rodziny. A tak naprawdę to on dostarczył te karty magnetyczne tym bandziorom.

- Teraz naraża się pan na proces.

- Proszę bardzo. Mam to poparte dowodami.

- A jakie to dowody?

- Mam zdjęcia, jak "Czerwus" otwiera tą kartą sektor Borussii Dortmund.

- Kto rządzi Legią? Rzeczywiście grupy bandyckie?

- Oczywiście. Za płaszczykiem koszulek patriotycznych hajlują w Wilczym Szańcu. Też mamy na to zdjęcia. To megahipokryzja.

- Czym się ci ludzie zajmują?

- Generalnie bandyterką.

- Zbierają haracze w Warszawie?

- Nie. W tej chwili nie ma takiej dziedziny. W tej chwili jest handel lewymi papierosami i narkotykami.

- I skąd pan to wszystko wie?

- Nie mogę ujawnić swoich źródeł. Na pewno nie od zakonnic, ale ze świata przestępczego. Mam tam swoich sprzymierzeńców już od 2000 roku i wspomagam tą wiedzą Biuro Ochrony Świadka.

- Jako świadek koronny zna pan ludzi, którzy dalej są żołnierzami mafii.

- Mam kolegów, którzy byli lub są czynnymi przestępcami.

- I wolno to panu robić?

- Jestem wolnym człowiekiem i mogę robić wszystko. Nie mogę tylko dokonywać przestępstw i na pewno tego nie zrobię.

- Nie powinien się pan skontaktować z prokuratorem i powiedzieć, że ten człowiek robi to i to?

- Nie mam takiej wiedzy. Wiem tylko, że zajmuje się przestępstwami. Nie mam natomiast konkretnej wiedzy. Gdybym ją miał, pewnie złożyłbym doniesienie.

- Napisał pan książkę "Żołnierze mafii". Sam pan takim żołnierzem był, a potem został kapitanem. Ale chyba był pan jednym z szefów "Pruszkowa".

- Byłem jednym z wyższych kapitanów. Nade mną był tylko zarząd.

- Zaczynał pan na bramce.

- Tak.

- Na dyskotekach w Warszawie i Pruszkowie?

- W Pruszkowie i Milanówku.

- I był pan w więzieniu?

- Nie. Siedziałem tylko trzy miesiące w areszcie. Niesłusznie. Jestem osobą niekaraną.

- A za co trafił pan do aresztu? Bo potem został pan uniewinniony. Zarzutów nie było.

- Najpierw za wymuszenie rozbójnicze. Potem za rzekomy gwałt.

- Pan się nie przyznawał do gwałtów w jednej ze swoich książek?

- Oczywiście, że nie.

- Nigdy nie dokonał pan gwałtu?

- Nigdy. Owszem, mówiłem, że grupa pruszkowska lubiła uciemiężyć i zgwałcić. Nie utożsamiam się jednak z tymi patolami.

- I jak pan trafił do mafii?

- Byłem chuliganem. Ukształtowało mnie środowisko pruszkowskie. I to starsi koledzy z Pruszkowa, którzy znaczyli coś na mieście, mnie wciągnęli.

- Miał pan swojego patrona - "Kiełbasę".

- "Kiełbacha" był moim wspólnikiem.

- Na początku był chyba pana szefem.

- Był ważniejszy ode mnie. Zaliczał się do grona rządzących "Pruszkowem". To było na początku lat 90. Byłem z nim blisko związany, więc wiedziałem o wszystkich sprawach.

- Panu imponowało bycie gangsterem? Czy pomyślał pan sobie, że w zasadzie nie ma pan innej drogi w życiu?

- Chyba to i to. Nie będę hipokrytą i nie powiem, że mi to nie imponowało. Proszę pamiętać, że w latach 80. wszyscy walczyli z systemem. To była chluba okradać państwo.

- Pan walczył z systemem?

- Również. Okradając państwo. Każdy coś wtedy kradł z zakładu pracy. Każdy coś kombinował. Przeciętny Polak wydawał dwa razy więcej, niż zarabiał.

- Czytając pana książki, mam wrażenie, że "Kiełbasa" był dla pana autorytetem.

- Oczywiście, że był.

- Czemu? Bo był brutalny? Bo chodził do kościoła?

- Właśnie nie. Był umiarkowany. Nawet w 1992 roku postanowiliśmy trochę pomóc policji i zobaczyliśmy, co to jest za patologia.

- Że w policji?

- Nie, w starym "Pruszkowie", który kształtował charaktery młodych chłopaków na mieście i który dowodził. Najpierw patrzyliśmy na nich jak na herosów. Potem, kiedy tego dotknęliśmy i polizaliśmy, zobaczyliśmy, że to kupa gówna i zgnilizny.

- Czytam ostatnią pana książkę i proszę wybaczyć, ale trochę to wszystko infantylne: biega pan za ludźmi, jeździ pan samochodami bardzo szybko i jak ktoś panu pokaże środkowy palec, to strasznie go pan bije. Naprawdę to panu imponowało?

- Kiedyś tak. Byłem rozhukany. Poza tym takie były realia: większość kierowców wyskakiwała do siebie. Proszę zobaczyć, jaka była wtedy Warszawa - jak dzisiaj Rosja. Tam się nie opierdzielają, tylko wychodzą, gała, gała.

- Pokazał pan też dobre serce. Kradł pan mercedesa. I podszedł dystyngowany człowiek i powiedział: "Proszę pana". I pan nie chciał tego zrobić.

- Mówi pan o profesorze. Niektórzy ludzie nie zasługiwali na to, żeby im cokolwiek zabierać.

- Czyli potrafił pan być wielkoduszny?

- Owszem, nawet wiele aut oddałem prokuratorom. Jedno nawet naczelnikowi więzienia.

- Ale w jakim sensie, najpierw pan ukradł, a potem oddał?

- Moi ludzie ukradli, a naczelnik więzienia był w tym czasie w burdelu i pił alkohol.

- I wy to wszystko wiedzieliście?

- Tak. Później mieliśmy carte blanche w Białołęce.

- Z pana książek wyłania się bardzo smutny obraz polskiej mafii. To nie jest ta mafia, którą mogliśmy poznać, oglądając "Ojca chrzestnego". To jest mafia całkowicie pozbawiona jakichkolwiek zasad. Jej jedyną zasadą było bić słabszego i okradać wszystkich. Faktycznie nie było żadnych zasad?

- Były może na początku lat 90., ale bardzo szybko się zdewaluowały i zanikły. My nie jesteśmy na pewno ani prowłoscy, ani proamerykańscy, my jesteśmy po prostu prorosyjscy.

- Pana szef "Słowik" twierdził co innego. Twierdził, że takie zasady były, błogosławił ludzi krzyżem, teraz się nawrócił. I to pan ma być wyrodnym człowiekiem.

- Kiedy to twierdził? Podczas zabicia "Pershinga", swojego przyjaciela, do którego to on podszedł, zbliżył się, poznał jego ścieżki, dał swoją kochankę, którą wysłał z nim do Zakopanego i stał za morderstwem? Proszę sobie samemu odpowiedzieć, czy te zasady były. "Słowik" jest hipokrytą, którego się po prostu nie słucha.

- Pan się go jeszcze boi?

- Generalnie ja muszę uważać na wszystkie zagrożenia. Ale nie boję się, ponieważ mam tak świetną ochronę, że radzę sobie w życiu.

- "Słowik" nawrócił się, został katolikiem, wziął ślub w Ziemi Świętej. Czytał pan jego książkę "Skarżyłem się grobowi"?

- Czytałem to. Brakowało tylko, żebym jeszcze zabił papieża i Kennedy'ego. Za wszystkim, całym złem stałem ja.

- Wyśmiewał się tam z pana książki. Między innymi z pana męskości, że brał pan tyle sterydów, że jak przychodziły dziewczyny, był pan zły.

- (śmiech) Zły tobym był, gdyby wyśmiewała mnie moja żona albo obecna partnerka. Natomiast to, co "Słowik" mówi, to.

- Nie wierzy pan w ani jedno jego słowo?

- Absolutnie.

- A te historie, które zawarł w książce, że na przykład przegonił Gołotę z jednego z burdeli, tak że zostały tylko buty?

- No proszę spojrzeć na "Słowika", przecież on wygląda jak wyleniała sowa. Gdzie on by miał szansę z Gołotą? Przecież Gołota by go śmiechem przewrócił!

- No nie wiem, podobno "Słowik" był bardzo dobry w walce na pięści.

- Podobno. Owszem był dobry na pięści jak stłukł butelkę i leciał z "tulipanem". Zawsze sobie radził, bo zawsze miał jakieś narzędzie pod ręką.

- Wiele osób pana nie szanuje. Mówią, że jest pan - przepraszam - frajerem. Na przykład niedawno takie słowa usłyszałem od znanego reżysera.

- Nie biorę pod uwagę patologii, która wypowiada się na mój temat. Natomiast jeśli chodzi o pana reżysera, to odłóżmy ten temat, bo na pewno będzie to temat na pierwsze strony gazet, ale dopiero po procesie, który mu wytoczę.

Czyli wytoczy pan proces Patrykowi Vedze za to, że powiedział, że jest pan frajerem i gwałcił kobiety?

- I że się tym chełpię.

- A pan nie gwałcił czy się pan nie chełpi?

- W każdej książce przypominam, że byłem złym człowiekiem, ale piszę te książki ku przestrodze dlatego, żeby ostrzec młodzież. A że Artur pisze kolorowym językiem, to dobrze się to czyta.

- Czy jest możliwe, że włoska mafia działała inaczej, rodzinnie, że nikt spoza rodziny nie był dopuszczany. Czy jest jakakolwiek polska organizacja, w której były podobne zasady?

- W Polsce absolutnie nie.

- A włoskie organizacje?

- Obraz mafii z filmów włoskich i amerykańskich jest bardzo bliski prawdzie, brak jest tam jednak tego okrucieństwa, którym amerykańska i włoska mafia częstowały wszystkich wokoło.

- U was też było mnóstwo okrucieństwa?

- Jak już powiedziałem, my jesteśmy prorosyjscy, a więc byliśmy jeszcze bardziej okrutni.

- A pan jest sadystą, sprawia panu satysfakcję tłuczenie kogoś, aż przestanie się ruszać?

- No właśnie nie. I o tym opowiadam w swoich książkach.

- A co się stało, że przeszedł pan na drugą stronę? Czy jest pan już porządnym obywatelem?

- Zdecydowanie tak. Mogę to powiedzieć bez cienia wątpliwości.

- A czy może pan choć trochę zdradzić, czym się dziś zajmuje? Czy żyje pan może z moich podatków?

- Na pewno nie żyję z pana podatków, nie biorę pieniędzy od państwa. W 1998 roku doszliśmy z "Pershingiem" do przekonania, że jeszcze 2-3 lata i się "wysprzęglimy" z układu bandyckiego i pójdziemy w superbiznes.

- A do czego wam były potrzebne te 2-3 lata?

- Do rozkręcenia firmy, którą zresztą rozkręcaliśmy. W pierwszym kwartale Ital Marca miała oddać półtora miliarda nowych złotych tytułem podatków. Ogromne pieniądze.

- Pana słowa trudno zweryfikować.

- Można zweryfikować, bo był proces Ital Marki, po którym na przykład Aleksander Gawronik przesiedział w więzieniu 9 czy 10 lat.

- Teraz prowadzi pan własną firmę?

- To są rzeczy niejawne.

- Ale w jednym z wywiadów mówił pan, że zarobił ponad milion złotych, i to nie na książkach.

- Nie żyję ponad stan, żyję na trochę lepszym poziomie niż przeciętny Kowalski.

- Kiedy Gołota próbował zweryfikować pana słowa, to przegrał pan w sądzie.

- Nie przegrałem, wyrok nie jest prawomocny. Poza tym nie dopuszczono mnie do zeznań.

- Bo nie przyszedł pan do sądu.

- Dwa razy, ale miałem bardzo poważną kontuzję, kilkakrotnie jeździłem.

- Co pan zarzucił Gołocie?

- Nie chodziło mi o Gołotę, bo z nim nie miałem przepychanek, ani tym bardziej z tą ciotką Najmanem.

- Z tą ciotką Najmanem?

- Tak, on się wypowiadał na mój temat źle, a kto to jest, żeby się o mnie wypowiadać.

- A kto może się o panu źle wypowiadać?

- Porządni ludzie, którzy nie znając mojej historii obecnej, mogą oceniać mnie przez pryzmat moich dokonań z lat 90.

- I Najman nie jest porządnym człowiekiem?

- Za takiego go nie uważam.

- A co z Gołotą?

- To była szarpanina na Facebooku z żoną Gołoty, która zapomniała, że mąż był gangsterem. Ja przypomniałem pewne niewygodne rzeczy. Ona wybrała jedną, która jest oczywista. Pieniądze widział "Florek", przywiózł je "Pershing"...

- Przypomnijmy, że chodzi o walkę, którą Gołota miał poddać w Stanach Zjednoczonych.

- Dokładnie tak, i nadal to podtrzymuję.

- Wie pan co, na miejscu był nasz dziennikarz Andrzej Kostyra, jeden z najlepszych dziennikarzy zajmujących się boksem.

- Proszę się wstrzymać od dalszej wypowiedzi, nie szanuję pana Kostyry, bo on nie szanuje mnie!

- Żałuje pan czegoś w życiu?

- Nie żałuję. I gdybym miał raz jeszcze tę drogę przejść, przeszedłbym ją tak samo.

Zobacz też: Patryk Vega w WIĘC JAK?: Masa? To dla mnie frajer!

Źródło: Super Express TV
autor: Rozmawiał Sławomir Jastrzębowski zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: