WIADOMOŚCI Polityka Polska Warszawa Świat Opinie Ciekawostki USA NowaTV
Se.pl wiadomości opinie Warzecha: Emerytury po staremu, czyli jesteśmy w de

Warzecha: Emerytury po staremu, czyli jesteśmy w de

18.11.2016, godz. 05:00
Łukasz Warzecha
foto: Super Express

Środowe głosowanie w Sejmie nad prezydenckim projektem skasowania reformy emerytalnej Tuska najlapidarniej można by podsumować prostym, swojskim i jasnym stwierdzeniem: "No to jesteśmy w d.". Dokładnie ci wszyscy - a jest ich większość - którzy mają szansę dożyć momentu, gdy system albo się zawali, albo państwo będzie musiało nałożyć na pracujących Polaków podatki rzędu 50 czy 70 proc. Co w zasadzie na jedno wychodzi. Inny rozwój wypadków przy obecnych rozwiązaniach nie wchodzi w grę.

Andrzej Duda złożył w kampanii wyborczej dwie najważniejsze obietnice: powrót do dawnego systemu emerytalnego oraz rozwiązanie problemów kredytobiorców frankowych. Spełnienie tej drugiej obietnicy nie wymagałoby właściwie żadnego udziału budżetowych pieniędzy. Spełnienie tej pierwszej w dłuższej perspektywie rujnuje budżet doszczętnie i będzie kosztować kilkanaście miliardów złotych rocznie. Ta druga obietnica nie została spełniona i wszystko wskazuje na to, że już nie zostanie. Ta pierwsza właśnie została dotrzymana.

W drugiej kwestii przedstawiciele Kancelarii Prezydenta mówili, że nie sposób przyjąć radykalnych rozwiązań, bo "zawaliłby się system finansowy". W tej pierwszej udają, że problemu nie ma.

Triumfują demagodzy z Solidarności, którzy od początku parli do odwrócenia decyzji podjętych - prawda, na zasadzie politycznej gangsterki - przez rząd Tuska. Przewodniczący związku Piotr Duda, jeden z największych demagogów i szkodników polskiego życia politycznego, ma gdzieś, że za kilkanaście lat naszym dzieciom (i nam) ten cały gmach emerytalny zawali się na głowy. Jemu związek zginąć nie da. Ale o ile rolą związkowych demagogów jest, niestety, takie właśnie działanie, o tyle całkowity brak odpowiedzialności ze strony prezydenta i partii rządzącej poraża.

Problem w tym, że jak niemal w każdej sprawie dzisiaj, tak i w tej cała dyskusja sprowadza się do wykrzykiwanych hasełek. Zwolennicy powrotu do dawnego wieku emerytalnego bredzą o "pracy do śmierci", zupełnie jak małe dzieci, które znalazły się w sklepie z zabawkami i płaczem chcą na rodzicach wymusić kupno najdroższej z nich, na którą mało kogo stać. Można by im odpowiedzieć, utrzymując się w tej samej konwencji, pasującym tu jak ulał tekstem szatniarza z "Misia": "A my nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?", "Cham się uprze i mu daj. No skąd wezmę, jak nie mam?". Praca do 67. roku życia to nie jest w dzisiejszych czasach "praca do śmierci", lecz norma. Za to praca do 60. lub 65. roku życia to luksus, na który nas już nie stać.

Pozostaje mieć nadzieję, że za jakiś czas władzę w Polsce przejmą ludzie przytomniejsi i dość odważni, żeby zachować się jak peerelowski szatniarz. Bo, jakkolwiek w dziele Barei to postać wybitnie niesympatyczna, odpowiedzialni rządzący nie mogą zachować się inaczej.

Zobacz także: Ryszard Bugaj: Dla budżetu wiek emerytalny jest bez znaczenia

Źródło: NEWSERIA
autor: Łukasz Warzecha zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: