WIADOMOŚCI Polityka Polska Warszawa Świat Opinie Ciekawostki USA NowaTV
Se.pl wiadomości opinie John C. Law: Wtorek najlepszy do głosowania na prezydenta

John C. Law: Wtorek najlepszy do głosowania na prezydenta

08.11.2016, godz. 02:00
John C. Law
foto: Ambasada USA

-Niedziela to dzień dla rodziny, dzień odpoczynku, także dzień, w którym chodzi się do kościoła, nie można więc wtedy wybierać się w długą, kilkunastogodzinną podróż. Stąd postanowiono, że wybory będą we wtorek - mówi o wyborach prezydenckich w USA John C. Law, zastępca szefa misji USA w Polsce.

"Super Express": - Dziś Amerykanie wybierają swojego 45. prezydenta. Dlaczego we wtorek, a nie w weekend, jak to się dzieje w wielu krajach?

John C. Law: - Zacznijmy może od tego, dlaczego wybory odbywają się w listopadzie. Otóż na początku swego istnienia Stany Zjednoczone były krajem rolniczym, większość obywateli była farmerami. Dopiero kiedy prace polowe były już zakończone - a więc po zbiorach, po siewach - można było pomyśleć o innych sprawach. Ponadto w listopadzie jest jeszcze dobra pogoda na podróże.

- Na podróże?

- W tamtych czasach nie było tylu komisji czy okręgów wyborczych jak obecnie. Do wielu z nich trzeba było daleko dojeżdżać, podróż często zajmowała nawet cały dzień.

- Czy właśnie to nie przemawiałoby za dniem wolnym od pracy?

- Niedziela to dzień dla rodziny, dzień odpoczynku, także dzień, w którym chodzi się do kościoła, nie można więc wtedy wybierać się w długą, kilkunastogodzinną podróż. Stąd postanowiono, że wybory będą we wtorek.

- Czemu nie na przykład w środę?

- Bo w tamtych czasach środa była dniem targowym.

- A dlaczego w pierwszy wtorek, ale po pierwszym poniedziałku?

- Żeby uniknąć sytuacji, w której wybory przypadałyby 1 listopada, a więc w dzień Wszystkich Świętych.

- Czasy się zmieniły, czy nie ma pomysłów, żeby zmienić przepisy, żeby głosować na przykład w sobotę?

- Pojawiają się, owszem. Ale my, Amerykanie, jesteśmy bardzo przywiązani do tradycji. Poza tym zmiana przepisów, czyli w tym przypadku konstytucji, jest bardzo trudnym procesem.

- Czy fakt, że wybory odbywają się w dzień powszedni, gdy ludzie pracują, studiują, mają wiele codziennych obowiązków, nie wpływa negatywnie na frekwencję?

- Być może tak, ale jeśli nawet, to w niewielkim stopniu. Komisje wyborcze pracują od 5-6 rano, kończą o 8-9 wieczorem, jest dużo czasu na oddanie głosu. Poza tym można przecież głosować pocztą, jest także procedura wczesnego głosowania.

- Na czym ona polega?

- W większości stanów - nie we wszystkich - można oddać głos albo osobiście, albo korespondencyjnie jeszcze przed oficjalnym dniem wyborów.

- Nie ma obawy, że te wyniki zostaną upublicznione wcześniej?

- Nie, te głosy są przechowywane i liczone w dniu wyborów. Ciekawostka polega na tym, że oddając głos w tej procedurze, można potem jeszcze zmienić zdanie i głosować inaczej. Trzeba to tylko zgłosić komisji wyborczej. To też zależy od poszczególnych stanów. Ale to się zdarza niesłychanie rzadko - z poważnych badań wiadomo, że ci, którzy zdecydują się na wczesne głosowanie, to zdeklarowani zwolennicy jednego z kandydatów, i nie zmieniają już raz pojętej decyzji.

- Amerykańskie wybory nie są bezpośrednie - tak naprawdę Amerykanie głosują dziś tylko na elektorów, którzy dopiero w grudniu wybiorą prezydenta. Bardzo to skomplikowane.

- Tak się może wydawać. Każdy stan ma różną liczbę elektorów, zależy ona od liczby jego mieszkańców i wynosi tyle, ilu stan ma przedstawicieli w Kongresie. Najwięcej - 55 elektorów - ma Kalifornia, osiem najsłabiej zaludnionych stanów ma tylko po trzech elektorów. Muszą oni oddać głosy według zasady "zwycięzca bierze wszystko". Wyjątkiem są tu tylko dwa stany - Nebraska i Maine. Kandydat, który uzyska największe poparcie w wyborach powszechnych, dostaje wszystkie głosy elektorskie.

- Elektorzy są w jakiś sposób do tego zobowiązani?

- W większości stanów zwyczajowo. Konstytucja nic o tym nie mówi. Było w historii wiele przypadków "niepokornych", nielojalnych elektorów, którzy głosowali niezgodnie z ich zobowiązaniem, ale nie zmieniło to wyników wyborów.

- Ponieśli jakieś konsekwencje?

- To znów zależy od poszczególnych stanów. W większości z nich takich konsekwencji nie ma, poza jedną - elektorzy to osoby dobrze znane kandydatom i partiom, którzy ich zgłaszają, a więc "wyłamanie się" oznacza utratę zaufania, a w rezultacie rezygnację z ich usług podczas kolejnych wyborów.

- Może się jednak zdarzyć, że dzięki systemowi elektorskiemu prezydentem zostaje kandydat, który nie wygrał w wyborach powszechnych?

- Jest to możliwe. Tak się zdarzyło kilka razy, ostatnio w 2000 roku, gdy Al Gore zdobył ponad pół miliona głosów więcej, ale prezydentem został George W. Bush dzięki temu, że miał 271 głosów elektorskich, o 5 więcej niż Gore.

- No właśnie - ile tych głosów trzeba mieć, żeby znaleźć się w Białym Domu?

- Elektorów jest w sumie 538, więc większość bezwzględna wynosi 270.

- A jeśli głosy rozłożą się po równo albo jest więcej niż dwóch kandydatów i żaden z nich nie uzyska tej większości?

- Wtedy o tym, kto zostanie prezydentem, decyduje Izba Reprezentantów, a każdy stan ma wówczas tylko jeden głos.

- Pamiętając o tym, że Izba Reprezentantów jest zwykle zdominowana przez jedną z partii - obecnie większość w niej mają Republikanie - wynik wydaje się przesądzony. I znów niekoniecznie zgodny z wyborami powszechnymi.

- Tak się może zdarzyć, ale proszę pamiętać, że 8 listopada Amerykanie wybierają także cały skład Izby Reprezentantów.

- Oficjalne wyniki wyborów poznamy zatem dopiero w grudniu?

- Elektorzy zbiorą się w stolicach poszczególnych stanów w połowie grudnia i wtedy przekażą swoje głosy do Senatu, a jego przewodniczący nakaże przeliczenie głosów i poda rezultat. Jednak oficjalne wyniki będą znane na początku stycznia, gdy zatwierdzi je Kongres.

- Nie rozmawialiśmy w ogóle o innych istotnych elementach amerykańskiej machiny wyborczej, takich jak prawybory czy konwencje. Niektórzy twierdzą, że amerykański system wyborczy jest najbardziej skomplikowany na świecie.

- Nie znam wszystkich systemów na świecie, ale dla mnie jest on stosunkowo jasny. Ważne jest to, że jest otwarty, że wszyscy mają szansę, by brać w nim udział.

- Od czasu do czasu pojawiają się jednak głosy, by go uprościć przez likwidację Kolegium Elektorów. Są na to jakieś szanse?

- To wymagałoby zmian w konstytucji, co jest oczywiście możliwe, ale trudne. Żeby wprowadzić do niej kolejną poprawkę, trzeba mieć poparcie dwóch trzecich głosów w obu izbach Kongresu, a później jeszcze musi ją zatwierdzić trzy czwarte wszystkich stanów. Autorzy konstytucji najwyraźniej celowo nie chcieli, by był to łatwy proces.

Zobacz: Trump fatalny dla wszystkich

Źródło: Super Express TV
autor: Rozmawiał Jerzy Barski zobacz inne artykuły tego autora
Więcej wiadomości
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: