WIADOMOŚCI Polityka Polska Warszawa Świat Opinie Ciekawostki USA NowaTV
Se.pl wiadomości polityka Dziennikarka cytuje Durczoka: Idziemy do mnie, nie mam na sobie majtek

Dziennikarka cytuje Durczoka: Idziemy do mnie, nie mam na sobie majtek

04.11.2016, godz. 07:00
Kamil Durczok
foto: © AKPA

Dziennikarki TVN przyznały przed sądem, że Kamil Durczok (48 l.) składał im dwuznaczne propozycje. Były szef "Faktów" TVN miał je m.in. zapraszać do siebie do domu. - Nie mam pod dżinsami majtek. Idziemy do mnie - to tylko jedno zdanie, które padło na procesie z ust podwładnych Durczoka. Tak przynajmniej wynika z ich zeznań, do których dotarł "Super Express". Sam Durczok wielokrotnie zapewniał, że nie mobbingował i nie molestował pracownic!

Przypomnijmy, że w lutym 2015 roku "Wprost" opublikował serię materiałów mających dowodzić, że Durczok mobbingował i molestował swoje podwładne. Były szef Faktów TVN od początku twierdzi, że jest niewinny i domaga się w sądzie przeprosin oraz gigantycznego odszkodowania. W tej sprawie zeznawały już dziennikarki pracujące z nim w "Faktach" TVN. Dotarliśmy do tych szokujących zeznań.

Jedna z byłych podwładnych Durczoka opowiedziała przed sądem o imprezie TVN24, która w 2007 roku odbyła się w jednym z warszawskich klubów. Szczegółowo opisała swoją rozmowę tego wieczora z szefem. - Siedzieliśmy obok siebie, potem pamiętam uwagę, jaką skierował do mnie, ale mówiąc o koleżance, która akurat tańczyła, że chętnie by się wślizgnął pomiędzy jej uda. No i wtedy wychodząc powiedział, czy pojadę do niego do domu - stwierdziła w zeznaniach. Podkreśliła także przed sądem, że ta sugestia była dość jednoznaczna. - A zapraszając mnie do domu powiedział, że nie ma pod dżinsami majtek - skwitowała. Zapewniła także, że słyszała o innych tego typu przypadkach. - Przynajmniej trzy osoby mówiły, że miały podobne zaproszenia - stwierdziła.

Od odmowy szefowi na firmowej imprezie miał się zacząć jej redakcyjny koszmar. Stwierdziła przed sądem, że była odsuwana od pracy, że szef (Durczok) się na niej mścił. Wiązała to właśnie z odmową. Dziennikarka twierdzi, że nie dostawała zadań, które przydzielano innym pracownikom, niektóre nawet jej odbierano. Kilka lat przed głośną publikacją opowiedziała o tym naczelnemu "Wprost". - Durczok mnie nie znosi, bo powiedziałam mu "nie" - stwierdziła.

W sądzie zeznała także, iż od innej dziewczyny słyszała kolejną propozycję składaną przez Durczoka, który niby w żartach rzucił: "Oprzesz się suko o ścianę, a ja wejdę od tyłu".

Podobne historie opowiedziała przed sądem także kolejna pracownica programu informacyjnego, której szefem był Durczok. Pierwsza sytuacja miała się wydarzyć, gdy pojechała relacjonować narciarskie zawody o puchar "Faktów". - Przyjechaliśmy tam bardzo, bardzo, bardzo późno (.) Tam już była część osób, która tańczyła. Zeszłam tam na dół, też się chwilę... no powiedziałam cześć, pokręciłam się chwilę. Pan Kamil Durczok gdzieś tam mignął mi kilka razy. (.) I jak szłam już do pokoju, to zaczęłam dostawać SMS-y, żebym wpadła na wino. Gdzie ja jestem. I wtedy też pan Kamil do mnie zadzwonił i mówił, że siedzi w pokoju, ma wino i żebym do niego przyszła. Powiedziałam, że nie przyjdę i później do mnie pisał SMS-y, żebym wpadła do niego, to było też w nocy z piątku na sobotę. Wpadnij do mnie na śniadanie, nikt nie robi takiej jajecznicy jak ja - zapewniał. Wspomniała też o propozycji od Durczoka, która miała paść na ślubie jednej z dziewczyn pracujących w redakcji. Po uroczystości zamawiała taksówkę, którą chciała pojechać do domu. Wtedy szef miał jej zaproponować... by zamówili jedną. - Po co dwie, ja tutaj blisko mieszkam, możemy pojechać - zeznała. - Chcesz, żebym podwiozła cię do domu, jeżeli chcesz, żebym cię podwiozła do domu i wysadziła pod domem to OK. Mogę to zrobić - opowiadała. Po tych odmowach miały się zacząć jej problemy w pracy.

Wczoraj o przypadki mobbingu i molestowania w TVN chcieliśmy zapytać Beatę Tadlę, która pracowała w "Faktach" przez wiele lat. - Nie mogę na ten temat rozmawiać. Proces ma wyłączoną jawność - skomentowała nam. W podobnym tonie wypowiedział się prawnik Durczoka. - Naszą intencją było przekazanie wszystkiego, co się dzieje, opinii publicznej, bo nie mamy nic do ukrycia. Na wniosek strony przeciwnej, czyli pana Latkowskiego i jego prawników, proces jest jednak utajniony. Ten stan prawny nie pozwala nam się odnieść do jakichkolwiek zeznań dziennikarek, bo jest to zagrożone wyrokiem karnym. Mam nadzieję, że w niedługim czasie ostateczny wyrok sądu w toczącej się sprawie przedstawi rzeczywisty obraz zdarzeń - mówi nam prawnik Jacek Dubois (54 l.).

Zobacz także: Rządowy projekt "Za życiem": Żart, kpina, zasłona dymna

Źródło: Super Express TV
Więcej wiadomości
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: