WIADOMOŚCI Polityka Polska Warszawa Świat Opinie Ciekawostki USA NowaTV
Se.pl se.pl wiadomości wiadomości polska polska Kto lubi Polskę, nie lubi Eriki Steinbach

Kto lubi Polskę, nie lubi Eriki Steinbach

05.03.2009, godz. 02:00
Klaus Bachmann, niemiecki dziennikarz mieszkający w Polsce, o szefowej Związku Wypędzonych.

"Super Express": - Jest pan Niemcem mieszkającym w Polsce - znawcą naszego kraju. Dlaczego tak ważne było, aby Erika Steinbach nie weszła do rady Fundacji "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie"?

Klaus Bachmann: - Mówiąc prawdę, bawi mnie trochę zamieszanie wokół całej tej sprawy. Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wydaje mi się, że niektórzy politycy w Polsce postawili sobie za osobisty cel, aby Erika Steinbach została odsunięta od tego projektu. Być może mają wobec niej jakieś osobiste animozje?

- Nie widzi pan żadnego aspektu obiektywnego, merytorycznego?

- Aspekt obiektywny jest taki, że teraz mogą oni obwieścić światu, że odnieśli zwycięstwo. To zawsze jest ważne w Polsce.

- Ale Erika Steinbach jest postacią co najmniej kontrowersyjną...

- W Polsce - tak. W Niemczech - nie. Kontrowersyjna jest tylko dla tych, którzy znają Polskę i lubią Polskę. Dla tych, którzy nie lubią Polski, nie jest kontrowersyjna.

- Może Niemcy nie do końca pamiętają historię? Erika Steinbach urodziła się na terytorium Polski, bo jej ojciec był żołnierzem hitlerowskiej okupacyjnej armii, i opuściła te ziemie z tego samego powodu - bo ta armia musiała uciekać...

- To jest różnica w perspektywie. W Polsce wszyscy patrzą na nią tak: jeśli ona chce być moralnym autorytetem, musi być wiarygodna. Czyli, jeżeli mówi w imieniu wypędzonych, to powinna być wypędzona. A jak wiadomo, nie jest.

- Czy to nie jest słuszna argumentacja?

- W Niemczech to nie jest problemem, ponieważ ona zarządza pewną organizacją, pewną grupą nacisku, w której są i wypędzeni, i ludzie, którzy urodzili się po wojnie, i tacy, którzy nie mają z tym nic wspólnego - chcą osiągnąć pewne korzyści polityczne, finansowe itp. Erika Steinbach dobrze ich reprezentuje, ponieważ prowokuje polski rząd i polską opinię publiczną do tego stopnia, że niemiecki rząd musi to brać pod uwagę.

- Sam pan powiedział, że w Związku Wypędzonych są nie tylko wypędzeni, ale też lobbyści, może karierowicze polityczni - ludzie, którzy do dramatu wypędzeń nie muszą mieć nawet sentymentalnego stosunku. A przecież w idei Centrum Wypędzonych chodzi nie o to, aby był to aparat politycznego nacisku, ale chodzi w nim o prawdę.

- Jeżeli powiedziałby pan to w Niemczech, pierwsze zdanie, jakie by pan usłyszał, byłoby takie: a co to jest prawda? Centrum będzie instytucją. Będzie zarządzać pieniędzmi publicznymi i od prywatnych sponsorów, będzie budować wpływy, będzie mieć zwolenników i przeciwników, i będzie mogło zatrudniać ludzi. No dobrze, poza tym będzie też organizować wystawy - i oczywiście, wszyscy są co do tego zgodni, że powinny one oddawać w jak największym stopniu stan faktyczny ustalony przez historyków, przy interpretacji, która możliwie jak najmniej ludzi razi. Ale przecież to tylko jedna z funkcji tego przedsięwzięcia. Poza tym jest to prosty sposób na uwiecznienie Związku Wypędzonych w czasach, gdy wszyscy, którzy mogą pretendować do tego miana, że byli wypędzeni, umrą. No bo kogo ten Związek miałby wtedy reprezentować? Nie będzie miał prawdziwych wypędzonych, ale z czegoś trzeba żyć, prawda?

- Zatem siłą Eriki Steinbach jest jej kontrowersyjność. A może jest po prostu dobrym menedżerem?

- Na pewno jest dobrym politykiem. Udało się jej wyprowadzić Związek z izolacji. Proszę pamiętać, że w latach 80. była cała masa różnych skandali i afer o powiązania BDV ze skrajną prawicą, o kontrowersyjne wypowiedzi odnośnie polityki zagranicznej itd. To oni podburzyli mniejszość niemiecką w Polsce przeciwko obu rządom, próbując organizować plebiscyt na Górnym Śląsku, żeby zapobiec uznaniu granicy na Odrze. Po 1990 roku, gdy granica ta została uznana w traktacie i było wiadomo, że ich inicjatywy zakończyły się klęską - nikt nie chciał mieć z nimi nic wspólnego, ponieważ sami się zdyskredytowali. A Steinbach uratowała ich od pozostawania w cieniu. Odkąd jest szefową BDV, nie ma już takich afer. Jeżeli są afery, to zawsze poza Związkiem.

- Może zmieniła się wrażliwość niemieckiej opinii publicznej - jest mniej skłonna do rozpamiętywania win swojego kraju... Niektóre wypowiedzi Eriki Steinbach świadczą o tym, że można by ją nazwać rewanżystką.

- Ona uznaje obecny stan prawny. To, co mówi, jest absolutnie zgodne z treścią niemieckich umów z Polską. Nie wychyla się ponad to. Może, jak to się mówi, "jedzie po bandzie", ale nigdy poza nią nie wypada. W przeciwieństwie do swoich poprzedników, którzy wielokrotnie to robili - oni nawet po traktacie o granicach mówili o terytorialnych stratach, które trzeba odwrócić. Między innymi dlatego Steinbach odcięła się od Powiernictwa Pruskiego. Jest zbyt dobrym politykiem, aby w coś takiego wejść.

- Jak się zakończy sprawa Eriki Steinbach?

- Przez jakiś czas na pewno nie będzie zasiadać w radzie. BDV zapewne zrezygnuje z jednego krzesła i będzie ono stało puste - jako symboliczny akt protestu. W tym czasie będzie mogła bez żadnych zahamowań krytykować wszystko, co się tam dzieje. Nikt jej nie będzie w stanie przywołać do porządku, bo ona tam nie zasiada. Podobna sytuacja była z Joergiem Haiderem w Austrii. Siedział w Karyntii, skąd krytykował rząd i jednoczył wokół siebie opozycję.

- Wróci na to krzesło? Pomysł Centrum był jej...

- Kiedyś był jej, ale dziś jest to już inny projekt, niż ona proponowała - zmieniło się to przede wszystkim pod wpływem działalności kolejnych rządów w Polsce. Zobaczymy, jaka będzie przyszłość - zależy to od tego, kto przejmie władzę w Polsce i w Niemczech. A w Niemczech wybory odbędą się w tym roku.

Klaus Bachmann

Niemiecki dziennikarz, publicysta, historyk, politolog, autor wielu książek o tematyce europejskiej i polsko-niemieckiej

autor: Paweł Lickiewicz zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: