W te dni życzyliśmy sobie zdrowych, wesołych świąt. Najbliższym i tym, których znaliśmy "na odległość", a dla których życzenia zdrowia nie była tylko pustym zwrotem: Darii Trafankowskiej i Jackowi Kaczmarskiemu. Ich choroba nowotworowa nie były tajemnicą. Oni wierzyli, że ją pokonają, a my - kochający ich za to, jakimi byli - również. Nie udało sięÉ Choć w naszych sercach czujemy teraz pustkę, Oni pustki po sobie nie pozostawili.
Grała samą sobą
Rola siostry Danuty w "Na dobre i na złe" uczyniła z Trafankowskiej jedną z najpopularniejszych polskich aktorek. Duśka, bo tak o niej mówili przyjaciele, dała surowej oddziałowej inne, ciepłe oblicze.
- Daria była osobą, której bardzo zależało na silnych więzach w zespole - mówi nam Joanna Szczepkowska - aktorka, koleżanka z Teatru Powszechnego. - Odkąd ją pamiętam, zawsze z czymś walczyła. O rodzinę, ze zdrowiem. Zawsze stawała do walki, szukała sposobu żeby nadać życiu wartości, by było w nim więcej miłości. Była bardzo skromna, ale chętnie o tym rozmawiała. Była osobą samotną, a jednocześnie społeczną.
Nie było czasu
Ze wszystkim starała się żyć w zgodzie, skupiała wokół siebie ludzi, a ich problemy przyjmowała na siebie - mówi Hanna Karolak, autorka biografii Darii Trafankowskiej pt. "Duśka". - Rozmawiałam z wieloma osobami z jej życia, od dzieciństwa do chwili obecnej, ale nikt nie powiedział o niej złego słowa.
Kariera i życie osobiste Trafankowskiej miały wzloty i upadki, ale wreszcie wszystko zaczęło się jej układać. Tylko nie miała czasu, aby się tym nacieszyć.
Wierzył do końca
Antoni Pawlak, dziennikarz, publicysta znał Jacka Kaczmarskiego od 1981 r.
- Ostatni raz widziałem się z nim tydzień temu. Zaprosił mnie na wspólne oglądanie meczu Ligi Mistrzów. On już nie mówił, więc porozumiewał się ze mną pisząc na kartce. Pogarszanie się jego stanu zdrowia widoczne było już w grudniu. W ostatnim czasie często jeździł do szpitala na przetaczanie krwi. Miał też w domu taki specjalny aparat tlenowy, który podłączał sobie do krtani. Nazywał to Barem Tlenowym u Jacka. W przyszłym miesiącu mieliśmy wydać tomik z jego wierszami. Pieniądze ze sprzedaży miały być przeznaczone na dalsze leczenie... - dodaje Pawlak.
Pozostały poematy
W piątek wieczorem Jacek Kaczmarski został przewieziony na oddział laryngologiczny szpitala na gdańskiej Zaspie. Gdy był w kraju, mieszkał w domu swojej narzeczonej Alicji.
- Jest nam bardzo ciężko. Często jeździliśmy do szpitala. - mówi Alicja, towarzyszka życia ostatnich lat. - Po raz ostatni pojechaliśmy w piątek. Czułam, że jest przytomny, dawał mi oczyma znaki. Byłam z nim do ostatniej chwili. Odszedł we śnie, nie cierpiał. Ostatnio dużo pisał. Książki o swojej chorobie nie dokończył. Pisał także poematy. Zanim zdecyduję się, co z nimi zrobię, najpierw porozmawiam z przyjaciółmi. Pogrzeba Jacka odbędzie się w Warszawie.
Nie chciał być bardem
Kaczmarski był zwany bardem Solidarności. Śpiewał przecież "Mury" - nieformalny hymn podziemia.
- Jego to drażniło - mówi Przemysław Gintrowski (twórca muzyki do piosenek Kaczmarskiego) - zawsze robił to, co uważał za uczciwe.
Jego pokolenie skazane było na politykę, On swoją uczciwość wyrażał w wyrzucanych z siebie pieśniach. Teraz, gdy go już nie ma, może inaczej spojrzymy na jego twórczość. Do tej pory odczytywaliśmy ją taką, jaka była, bo nie było potrzeby doszukiwania się wartości uniwersalnych. Choć nakłaniano go do operacji, on wolał niekonwencjonalne metody leczenia. Obawiał się, że operacja położy kres jego śpiewaniuÉ




