Wyrok sądu w sprawie głośnej seksafery w Samoobronie zapadł w ...
- Kogoś takiego jak ja łatwiej zastraszyć albo powiedzieć, że wszystko sobie zmyślił. Ale ze mną nie tak łatwo. Choć przeżyłam piekło, to zrobię wszystko, żeby winni zostali surowo ukarani - mówi "Super Expressowi".
Urszula K. to mocno zbudowana blondynka o delikatnym głosie. Choć w trwającym przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim procesie w tzw. seksaferze ma status poszkodowanej, to pogmatwanym życiem tej gospodarskiej córy ze wsi spod Tomaszowa Mazowieckiego można by obdzielić co najmniej kilka innych osób.
Zakon nauczył ją modlitwy
Gdy kończy 18 lat, idzie do zakonu nazaretanek, gdzie spędza kolejnych sześć lat swego życia. Przebywa głównie w Częstochowie i Olsztynie, ale ostatecznie z zakonu odchodzi. Była zakonnica mówi, że zadecydowała o tym choroba kręgosłupa - jej ojciec zaś, że skołatane nerwy.
- Nie każdy nadaje się do życia zespołowego. Córce najbardziej chyba nerwy dokuczały. Gdy różne charaktery się poschodzą, to życie staje się koszmarem - podsumowuje Marian Piaskowski, ojciec byłej zakonnicy. Tak czy inaczej lata spędzone za murami klasztoru procentują do dziś. - Siła przebicia, nawyk modlitwy i umiejętność zawierzenia swoich trosk Bogu - bez tego byłoby mi dziś trudno - wylicza Urszula K. Po odejściu z zakonu wraca na wieś. Dwa lata później jest już mężatką. Wychodzi za mąż po sąsiedzku w Sadykierzu, ale małżeństwo z miejscowym rolnikiem nie jest sielanką. Mnożą się konflikty, rozwód wisi w powietrzu, ale ostatecznie do niego nie dochodzi, bo w tajemniczych okolicznościach umiera mąż Urszuli K. Razem z nim ginie (mówi się o zaczadzeniu) również matka mężczyzny. Rodzina wzajemnie obwinia się o tę tragedię. - Czegoś takiego w naszej wsi nigdy nie było, a potem zaczyna się sądowa walka o spadek po zmarłych. Ciągłe awanturyÉ Szkoda gadaćÉ Niczego dobrego o Urszuli K. pan ode mnie nie usłyszy - ucina rozmowę Zygmunt Ostalski, sąsiad kobiety. Urszula K. na wsi prowadziła sklep, ale ciągnęło ją do miasta. Zamieszkała w Tomaszowie Mazowieckim. Przystąpiła do Samoobrony. Z ramienia tej partii została radną Rady Powiatu Tomaszewskiego, była też ławniczką w miejscowym sądzie. Był rok 2002. Tuż przed tymi samorządowymi wyborami miała zostać zgwałcona...
Tej pani nie znam
Wanda Łyżwińska, żona aresztowanego byłego posła, w rewelacje Urszuli K. nie wierzy. Wylicza, że kobieta w 2003 roku została wyrzucona z partii za nielojalność, a mimo to w 2006 roku złożyła pismo o ponowne przyjęcie do partii. Powód: chciała z ramienia Samoobrony kandydować do sejmiku lub do rady powiatu. - Chodziło jej o pieniądze. Wybory przerżnęła, a teraz się mści - mówi nam Łyżwińska. Jej słowa potwierdza lokalny działacz Samoobrony Hieronim Perek. Opowiada, że bardzo się zdziwił, gdy na zebraniu Samoobrony to nie on, jak wcześniej ustalono, a nieznana nikomu Urszula K. pojawiła się na pierwszym miejscu listy wyborczej do Rady Powiatu Tomaszewskiego. - Nie dociekałem, ale żalu nie kryłem: - "Kim jest ta kobieta?" - publicznie spytałem. - Wstała i się przedstawiła. Od lat działałem w Samoobronie, ale jej nie znałem - mówi nam wzburzony Perek. - Bzdury. Byłam planowana na "jedynkę". Od Anety Krawczyk słyszałam, że jestem młoda, przedsiębiorcza, że wiem, czego chcę... - relacjonuje Urszula K. Wybory przegrywa z kretesem. Nie ma już diety, traci środki do życia. Wtedy oskarża Łyżwińskiego o gwałt.
Urszula K. w tym następstwie zdarzeń nie widzi niczego nadzwyczajnego. Do Samoobrony trafiła z pobudek ideowych. Przyciągnął ją ciekawy program głoszony przez Leppera.. - Czemu tak późno powiadomiła pani prokuraturę o gwałcie? - pytam. - Sprawa na początku byłaby nie do udowodnienia, a poza tym wiedziałam, że jeżeli napastnik jest agresywny, nie mogę ryzykować i biec na policję, bo byłoby to dla mnie niebezpieczne. Wolałam poczekać - przekonuje. Jednocześnie prosi, żeby nie wypowiadać przy niej słowa "Samoobrona". Dziś kończy w Łodzi studia ekonomiczne, a gdy widzi się w sądzie ze Stanisławem Łyżwińskim, to cieszy się, że ręka boska dotknęła tych, co krzywdzili. - Zawsze był hardy i pewny siebie, a teraz po raz pierwszy widzę jego błagający o litość wzrok - relacjonuje kobieta.
Nie wierzę nikomu
Urszula K. rzadko przyjeżdża do rodzinnego domu. Gdy ruszał proces, rodzicom o tym wspomniała, ale w szczegóły się nie wdawała. Marian, ojciec kobiety, nie wie, jak było naprawdę. Podkreśla, że niby prokuratura dała wiarę córce, jest akt oskarżenia i nikt córki za składanie fałszywych zeznań nie ciąga, ale czasy takie, że trudno komukolwiek wierzyć. - Nawet własnemu dziecku? - pytam. - Wie pan, jak to jest. W telewizji, w "Familiadzie" było pytanie: "Komu należy wierzyć?". Różne odpowiedzi podsuwali: Dziecku, matce, księdzu. A wie pan, jaka odpowiedź była najlepiej punktowana: "Nikomu". I ja się tego trzymam.
Wybrane komentarze


- wieslola1 13.06.2008, 09:26
Uwazam,ze wlasnie nikomu nie znana osoba starujaca jako jedynka w wyborach,jest dowodem korupcjyjnym i moze byc traktowany jako jednyn z dowodow albo pracy z asex,albo dowodem gwaltu.Jednak osoba zglaszajaca gwalt po dosc dlugim czasie moze byc niewwiarygodna a zeznanai mozna traktowac jako zemste.Nikt nie zabronil oskarajacej zrobic obdukcje u lekarza i to by byl dowod w sprawie{a moze jest,tylko media o tym dowodzie nie wiedza}tlumaczenie pokrzywdzonej mozna przyjac za prawdziwe,poniewaz mozna mnozyc przypadki w naszym kraju,kiedy ofiara staje sie oskaronym,takze w przypadku gwaltow,przemocy,czy innych czynow zabronionych.Teraz zapewne Wanda L.poszuka nastepnych dowodow obciazajacych poszkodowanych,moze znajdzie w swoich archiwach plakat z wyznaniem milosci swidka do jej"pieknego"meza..




