Egipt w ogniu
Zobacz też

Mubarak stracił poparcie wojskowych i musiał ustąpić ze stanowiska. O ...

"Super Express": - Na początku chciałbym, żebyśmy się odnieśli do pewnych porównań, które pojawiają się przy okazji wydarzeń w Egipcie. Niektórzy analitycy widzą podobieństwo do rewolucji w Iranie w 1979 r. Zgodzi się pan z tym?

Prof. Benjamin Barber: - Myślę, że jest rzeczą niebezpieczną próbować przyrównywać wydarzenia w różnych krajach, które miały miejsce w różnym czasie. Oczywiście są pewne podobieństwa między tymi dwiema rewolucjami.

- Jakie?

- Jedyną rzeczą, którą można uznać za zbieżną, jest postać władcy, przeciwko któremu zwrócił się naród. W Iranie szach utrzymywał się przez bardzo długi czas przy władzy, nie mając poparcia szerokich mas społecznych. Był też bliskim sojusznikiem USA. W tym sensie prezydent Egiptu Hosni Mubarak jest podobną postacią. Od wydarzeń w Iranie minęło jednak ponad 30 lat.

Przeczytaj koniecznie: Egipt: Krew w Kairze. Protestujący twierdzą, że obrońcy Mubaraka to policyjni prowokatorzy w cywilu

- Zapytam zatem o zasadnicze różnice między tymi rewoltami.

- W przypadku Iranu w zasadzie jedyną alternatywą dla szacha był ruch islamistyczny. Siły proamerykańskie w postaci klasy średniej w znacznej mierze opowiedziały się po stronie władzy. Natomiast w Egipcie główną siłą napędową rewolucji jest właśnie klasa średnia - zlaicyzowana i składająca się głównie z ludzi młodych. Ruch islamistyczny reprezentowany przede wszystkim przez Bractwo Muzułmańskie jest stosunkowo marginalną grupą. To fundamentalna różnica.

- Udział Zachodu w obu tych wydarzeniach też się różni?

- W zasadniczy sposób. W Iranie Amerykanie do samego końca wspierali szacha. W przypadku Egiptu widzimy, że Stany Zjednoczone odgrywają niejednoznaczną rolę. Oczywiście, Waszyngton wolałby Mubaraka, rozumie jednak, że nie ma on raczej szans na utrzymanie się przy władzy.

- Innym powszechnym porównaniem, które się pojawia, jest zestawianie wydarzeń z Tunezji i Egiptu z Jesienią Ludów w Europie Wschodniej. Jest trafniejsze?

- Zupełnie nie. Wszystkie wschodnioeuropejskie rewolucje miały miejsce w obrębie bloku wschodniego. To, że były do siebie podobne i przebiegały w tym samym kierunku, wynika wyłącznie z tego, że były buntem przeciwko komunizmowi i radzieckiej dominacji. Jednoczył je wspólny wróg. Na Bliskim Wschodzie nie ma żadnego Związku Radzieckiego, żadnego hegemona, który ciemiężyłby narody arabskie. Każdy reżim ma swoje cechy charakterystyczne.

- Wspólnym wrogiem niekoniecznie musi być jakieś inne państwo...

- Za jedynego wspólnego wroga można uznać autokrację czy dyktaturę. W każdym kraju wygląda ona jednak trochę inaczej. Król Abdullah w Jordanii jest częścią bardziej legitymistycznej monarchii. To jego rząd nie jest popularny i wrzenie, które obserwujemy, nie jest raczej wymierzone w niego samego. Z kolei w krajach autorytarnych, takich jak Libia czy Syria, reżimy są zdecydowanie antyamerykańskie. Jeśli obali się Assada w Syrii, zniknie filar polityki antyamerykańskiej na Bliskim Wschodzie. Jednak jedyną alternatywą dla rządzącej partii Baas, która jest laicka, są ruchy islamistyczne. Weźmy np. Arabię Saudyjską. Tam rodzina królewska to nie garstka ludzi, która czerpie zyski z ropy naftowej. To tysiące krewnych, którzy kontrolują cały kraj. Pomysł, że panująca rodzina królewska miałaby być odsunięta od władzy, jest zwyczajnie niedorzeczny.

Patrz też: Egipt. Polka Violetta Rams: Młotkiem bronię swojego mieszkania

- Duch rewolucji wywołany sytuacją w Tunezji i Egipcie nie zapanuje na Bliskim Wschodzie?

- Oczywiście jakiś duch rebelii i samostanowienia jest obecny w regionie. Musimy jednak patrzeć na różnice, a nie podobieństwa. Nam, ludziom Zachodu, łatwo jest generalizować. Jeśli jednak przyjrzymy się każdemu z nich z osobna, dostrzeżemy, że wydarzenia w każdym z krajów Bliskiego Wschodu będą się rozgrywać bardzo różnie, w zależności od charakteru reżimu, sytuacji wewnętrznej czy nastrojów społecznych. Niektóre kraje ogarnie rebelia, inne nie. W Maroku, gdzie reżim nie jest tak opresyjny, ludziom żyje się lepiej niż w Arabii Saudyjskiej, gdzie naród jest trzymany mocno za twarz. Jednak jak już wspomnieliśmy, nie ma tam miejsca na jakąkolwiek rebelię.

- Cały świat zachodni drży przed państwem teokratycznym, które może się wytworzyć w wyniku rewolucji w Egipcie. Uważa pan, że fundamentalizm muzułmański znajdzie tam podatny grunt?

- Zachód oczywiście uważa, że Bractwo Muzułmańskie ma ogromną siłę i stworzy nowy rząd. Jednak Bractwo reprezentuje najwyżej 15 proc. społeczeństwa i nie sądzę, żeby mogło dojść do władzy. Na pewno nie będzie odgrywało kluczowej roli w życiu politycznym Egiptu. Jedyną szansą dla Bractwa na uzyskanie znaczącego wpływu we władzach jest scenariusz, który zakłada, że upadający Mubarak będzie stosował przemoc wobec laickich sił, które, jak już powiedzieliśmy, są siłą napędową tej rewolucji. Wiemy, że Bractwo Muzułmańskie jest świetnie zorganizowane i dzięki temu mogłoby w takiej sytuacji ugrać więcej, niż faktycznie znaczy.

Wybrane komentarze

zobacz wszystkie >>
Cudzysłów
Cudzysłów
yani 05.02.2011, 14:39

Czy to nie parodia? Widać jak na dloni jak wolnosc słowa jest roznie dozwolone dla wszystkich. W gazecie. pl podaja ze na Synaju nastapila eksplozja gazociagu wiodacego gaz z Egiptu do Izraela i od razu wiedza ze to był sabotaz i "terrorysci". I Izrael i Mubarak 'wie" ze to był sabotaż choc nie maja ani jednego swiadka. W katastrofie smoleńskiej "zachowanie" Ruskich tak odbiega od normalnosci, ze samo ich zachowanie daje ludzim 100% przekonanie ze to oni dokonali zamachu, ale niech ktos spróbuje powiedzieć głosno ze to był zamach!!! Głowa boli slyszeć to wszystko!

Denerwuje Cię to? ZGŁOŚ SKARGĘ!