
Krzysztofa Tyńca spotkałam podczas "awaryjnego" finału programu "You can dance". Po raz pierwszy postanowił kibicować uczestnikom na żywo i, niestety, finał się nie odbył. Aktor nie stracił jednak dobrego humoru i bardzo chętnie udzielił mi wywiadu.
Anna Partyka: Jest Pan miłośnikiem programu „You can dance – po prostu tańcz?”
Krzysztof Tyniec: Owszem tak. Jeśli akurat nie pracuję, to oglądam każdy odcinek. Na nagraniu byłem po raz pierwszy i akurat ta awaria się pojawiła. Może to dlatego, ze ja przyszedłem? (śmiech). Jestem całą duszą i sercem z całą ekipą techniczną TVN-u, ponieważ wiem, jak oni to strasznie przeżywają. Ale cóż, takie rzeczy się zdarzają. Jestem pewien, ze dzisiejszy finał pójdzie już znakomicie, od początku do końca.
AP: Ma Pan jakiegoś faworyta w programie?
KT: Nigdy nie mam faworytów. Temu, kto wygra, szczerze pogratuluję. Oni wszyscy zasługują na pierwszą nagrodę, ale wygrać może tylko jedna osoba.
AP:A czy kontynuuje Pan swoją przygodę z tańcem?
KT: We flaminga się bawię (śmiech). To znaczy troszeczkę trenuję flamenco. Nie chodzę na siłownię i nie ćwiczę, a taniec pozwala mi utrzymać dobrą kondycję.
AP:A jakie ma Pan plany zawodowe na najbliższy czas?
KT: Ruszyły zdjęcia do kolejnej serii „Daleko od noszy”. Pojawiają się na planie gwiazdy. Oby było ich jak najwięcej! (śmiech). Od rana jestem na planie serialu, więc nie wiem, czy ponownie pojawię się na finale „You can dance”, ale będę się bardzo starał.




