Katarzyna Łaniewska wspomina Powstanie Warszawskie: "Podmuch rzucił mnie na klatkę schodową"

2020-08-01 8:13 JM, doll
Katarzyna Łaniewska traci wzrok
Autor: Akpa Katarzyna Łaniewska traci wzrok

Ma 87 lat i pamięć, która pozwala jej tak opowiadać o Powstaniu Warszawskim, jakby to było wczoraj. A przeżyła sporo. Przeczytajcie wspomnienia aktorki znanej z Plebanii i Kogla Mogla – Katarzyny Łaniewskiej. Posłuchajcie o chłopcu przebranym za dziewczynkę i jednym garnku, z którego nakarmiono całą kamienicę...

Kiedy ktoś pyta czy Powstanie Warszawskie było potrzebne, odpowiadam TAK! Nikt nie był w stanie utrzymać tych młodych ludzi w domu. Oni rwali się do walki. Czułam to nawet ja, 11-letnia dziewczynka z Odolańskiej 18a na warszawskim Mokotowie, widząc, jak mój starszy brat, 15-letni Rysiek spotykał się z kolegami i wracał z tajemniczą miną. Powstanie zastało nas w domu. Kiedy o 17:00 padły pierwsze strzały, brat usiadł do pianina i zagrał nasz hymn narodowy, babcia Hela szybko zszyła dwa kawałki płótna – białe z prześcieradła i czerwone z poszewki na poduszkę i tak powstała flaga, którą wywiesiła na balkonie. To była wielka radość, ale też strach. Musieliśmy zamieszkać w piwnicy.

Tydzień później, bawiąc się na podwórku, zobaczyłam samolot z czarnym krzyżem i pilota, który leciał coraz niżej, prosto na nasz dom, a potem spuścił bombę z opóźnionym zapłonem. Wybuchła na sąsiednim podwórku, a mnie podmuch rzucił na klatkę schodową. Rysio na rowerze wyruszył do akcji, bo był łącznikiem. Wracał na noc do domu, a my z każdym razem baliśmy się, że już więcej go nie zobaczymy. Modliliśmy się o życie i sukces naszych żołnierzy bez amunicji i bez mundurów.

Powstanie Warszawskie. Groby młodych powstańców. Niezapomniani

Rozwijamy nasz serwis dzięki wyświetlaniu reklam.

Blokując reklamy, nie pozwalasz nam tworzyć wartościowych treści.

Wyłącz AdBlock i odśwież stronę.

Pamiętam, jak w połowie sierpnia pojawiły się nad nami kolorowe spadochrony z zasobnikami – to były zrzuty z Anglii, ale niestety broń spadła po stronie powstańców, a amunicja dostała się w ręce niemieckie. Najbardziej rozpaczali powstańcy, którzy walczyli z okien naszej kamienicy. Kiedy było już wiadomo, że Powstanie nie ma szans i że Niemcy zabili w ogródku naszych żołnierzy, babcia siłą zatrzymała Ryśka, a potem spaliła jego opaskę powstańczą i furażerkę. Pamiętam, jak krzyczał, że ją zabije, że chce się bić o Polskę. Pilnowani przez Niemców, po kolei wychodziliśmy przez piwniczne okienko. Kazano nam ustawić się pod ścianą i skierowano na nas lufę czołgu. Wszyscy drżeli ze strachu, bo nie chcieli umierać. Babcia z mamą umówiły się z nami tak: brat miał stać za babcią a ja za mamą, kiedy padną strzały mieliśmy od razu osunąć się na ziemię i udawać trupy pod ich ciałami. Ale stało się inaczej...

Niemiec, który nas pilnował nagle zwrócił uwagę na psa pętającego się pod nogami. - To pani pies – warknął w stronę mamy. - Co mnie pan pyta o psa, kiedy moje dzieci mogą zaraz zginąć – odpowiedziała mu po niemiecku (doskonale znała ten język, bo przed wojną kończyła wyższą szkołę handlową w Łodzi). Niemiec mógł ja zabić za tę zuchwałość, ale o dziwo pytał dalej: - Ma pani garnek? Jeśli tak, to niech pani idzie ze mną do mieszkania – zaproponował. I mama zaryzykowała. Przyniosła duży, brązowy garnek z uszami, worek grochu a do tego koc dla babci i nesseser ze spirytusem i złotymi dolarówkami. Kiedy dołączyła do grupy Niemiec zarządził wymarsz w kierunku wyścigów konnych na Służewcu. Kiedy się zatrzymywaliśmy, babcia ukradkiem napluła na na twarz mojego brata i maszynką zgoliła mu młodzieńczy wąsik. Założyła mu też chustkę na głowę, żeby wyglądał jak dziewczyna, bo każdy, młody chłopak wyciągany był z tłumu przez Niemców i mógł stracić życie...

Po dotarciu na miejsce spaliśmy w saniach szykowanych na front wschodni a po dwóch dniach pojawiła się niemiecka kuchnia polowa z gorącą zupą, a kucharz wołał do nas: kinder, kinder! Garnek mojej mamy sprawił, że cała kamienica się najadła, a inni nie mieli czym nabrać jedzenia. O to chodziło temu Niemcowi. Wiem, że mama dała mu coś dyskretnie z tego nessesera... Ze Służewca pieszo dotarliśmy do Pruszkowa, na teren zakładów kolejowych a tam trwała selekcja i rozdzielanie rodzin. Jedni jechali do obozów albo na roboty do Niemiec, innych wysyłano w głąb Generalniej Guberni na terenie okupowanej Polski. Nasza czwórka szczęśliwie pojechała odkrytym wagonem do Wolbromia koło Katowic. Po drodze ludzie rzucali nam chleb i owoce, wszystko spadało nam na głowy, albo przelatywało na drugą stronę, cieszyliśmy się jednak, że ktoś o nas pamięta. Po dwóch dniach podróży, o 4 nad ranem przyjęła nas polska rodzina, która podzieliła się z nami wszystkim co miała. Jednak bardziej niż ciepła woda w misce i pościel ucieszyło nas zdjęcie na ścianie. W grupie osób pozujących fotografowi mama rozpoznała swojego męża, Józefa Łaniewskiego, piłsudczyka, dyrektora Społem. Tata już na początku wojny został rozstrzelany w Auschwitz...

Najnowsze