Ewa Błaszczyk: Muszę być silna dla córki, która od 10 lat jest w śpiączce

2010-07-04 12:07 Bożena Stasiak

Najpierw straciła męża, 100 dni później jej córeczka Ola zapadła w śpiączkę, z której do tej pory się nie wybudziła. To było ponad 10 lat temu. Dziś Ewa Błaszczyk, aktorka teatralna i filmowa, choć wciąż nie może się otrząsnąć po tej tragedii, jest na tyle silna, żeby walczyć nie tylko o zdrowie córki, ale też innych dzieci skrzywdzonych przez los

- Pani Ewo, podziwiam pani aktywność. Przed chwilą w klinice, teraz spieszy się pani na nagrania, potem spotkanie w sprawie fundacji, następnie teatr, dom... Chyba doba jest dla pani za krótka?

- Zdecydowanie, ale już nie potrafię inaczej. Czasami ledwo sobie radzę, żeby ze wszystkim zdążyć, muszę się spieszyć. Teraz najważniejsza jest klinika, którą trzeba jak najszybciej oddać. I powalczyć, z pomocą ludzi dobrej woli, żeby Ministerstwo Zdrowia uwzględniło ją w koszyku najpilniejszych świadczeń.

- Pomysłu na klinikę nie byłoby, gdyby nie fundacja, którą też pani założyła - "Akogo?"... Z myślą o Oli i dla Oli?

- Fundacja pomaga rodzicom dzieci ze schorzeniami neurologicznymi, ułatwia im zdobywanie informacji, propaguje nowe rozwiązania medyczne, rehabilitacyjne. Kiedy przebywałam z Olą na oddziale i widziałam inne dzieci, pomyślałam, że trzeba stworzyć specjalny oddział, gdzie walczyłoby się o każde dziecko, bez ustanku. A nie tylko wtedy, kiedy jego życiu zagraża niebezpieczeństwo. Oddział, na którym dzieci miałyby duże szanse na przebudzenie.

- Stąd nazwa "Budzik"?

- Tak, w tej klinice wszystkie działania medyczne, rehabilitacyjne miałyby służyć ich powrotowi do życia, do rzeczywistości. To ma być pomoc dla dzieci po ciężkich urazach mózgu, które wymagają długiej, systemowej hospitalizacji i rehabilitacji. I takich "Budzików" powinno być więcej, co najmniej w każdym dużym mieście. Wierzę, że do tego dojdzie.

- A dlaczego "Akogo?" Chyba nie chodzi o to, że "kogo to obchodzi...", bo przez te dziesięć lat poruszyła pani niebo i ziemię, żeby jednak obchodziło...

- Ola, jak była malutka, zadawała często takie pytanie. Nazywając tak fundację, czuję, że Ola jest tu z nami. I tym bardziej wierzę, że nam się uda.

- Pani ogromna miłość i to wszystko, co pani robi dla swojej córeczki, dla innych chorych dzieci, przynosi efekty. Podobno Ola ma coraz więcej lepszych okresów?

- Ostatnio mam wrażenie, jakby była silniejsza, jakby się do czegoś zbierała, jakby chciała mi coś przekazać, dać znak. Tak na to czekamy!

- Czekamy?

- Ja z Manią, czyli siostrą bliźniaczką Oli. Obie z Olą rozmawiamy, przytulamy się do niej, opowiadamy jej o tym, co robimy. I wierzymy, że kiedyś to ona do nas się uśmiechnie i to ona nam opowie, co przez te wszystkie lata odczuwała. I może nawet napisze książkę o swoich przeżyciach.

- Tak jak zrobiła to pani, opisując swoją walkę z chorobą Oli w książce "Wejść tam nie można"?

- Ta książka okazała się bardzo potrzebna. Myślę, że odczucia opisane przez Olę też okazałyby się komuś potrzebne.

- Jak pani na to wszystko znajduje czas? A jeszcze słyszałam, że wydaje pani nową płytę, że w teatrze szykują się nowe recitale...

- Muszę starać się żyć w miarę normalnie, żeby się nie załamywać. Moja siła jest potrzebna mojej córce i innym dzieciom. Dlatego dzielę czas między Olę, Manię, teatr, film, fundację, klinikę, recitale i jeszcze po drodze wiele innych rzeczy. Moja działalność zawodowa to pewnego rodzaju terapia.

- Co poradziłaby pani rodzicom, którzy doświadczyli podobnej tragedii?

- Niech nie tracą nadziei, niech nie rezygnują z walki, niech jak najszybciej skontaktują się z innymi rodzicami, którzy mieli podobne doświadczenia i mogą im służyć pomocą.

Najnowsze