Andrzej Stankiewicz: Komisja zmierza w kierunku śmieszności

2017-04-10 22:48 Rozmawiał Mateusz Zardzewiały
Andrzej Stankiewicz
Autor: Piotr Bławicki Andrzej Stankiewicz Publicysta „Rzeczpospolitej”

Andrzej Stankiewicz ocenia najnowszy raport podkomisji smoleńskiej.

"Super Express": - Dzisiejsza konferencja podkomisji do spraw ponownego zbadania wypadku lotniczego z 10 kwietnia 2010 roku przyniosła iście bombowe ustalenia. Jak pan ustosunkuje się do informacji o eksplozji ładunku termobarycznego?

Andrzej Stankiewicz: - Odnoszę wrażenie, że komisja przedstawiła bardzo mało przekonujących dowodów na tak daleko idącą tezę. Przypominam, że jej członkowie nie dysponują właściwie żadnym nowym materiałem dowodowym w porównaniu z wcześniejszą komisją Jerzego Millera. Mimo to komisja stawia niebywale poważne zarzuty, daleko przekraczające nawet to, co mówiła kierowana przez PiS prokuratura.

- Jakie różnice tu pan dostrzega?

- Zwróćmy uwagę, że prokuratura obciążyła kontrolerów z rosyjskiego lotniska i wysłała próbki do badań na obecność materiałów wybuchowych do zagranicznych laboratoriów, nie przesądzając przy tym, jaki będzie ich wynik. A podkomisja Antoniego Macierewicza, mając znacznie mniejsze formalnoprawne możliwości działania, już wie, że doszło do rozpylenia bomby, bo jak rozumiem, ta bomba termobaryczna jest w jakiś sposób rozpylana. Choć nie znam się na tym, ale zapewne teraz wszyscy będziemy specjalistami od bomb... Lecz boję się innej rzeczy.

- Czego?

- Boję się, że ta komisja zbliża się do śmieszności. Ewidentnie przyspieszyła ona pracę po krytyce rozlegającej się na prawicy, wedle której nic miało nie wynikać z ustaleń komisji. Natomiast jeśli mam wierzyć którejś z dwóch instytucji - wspominanej komisji, która nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, co robi, i prokuraturze, która jednak ma elementarną odpowiedzialność, to wybieram prokuraturę.

- Czy dzisiejsza konferencja przybliża Polaków do wypracowania wspólnego stanowiska na temat tego, co wydarzyło się w Smoleńsku? Czy wręcz odwrotnie?

- Jako Polacy już nigdy nie zgodzimy się co do przebiegu wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Elektorat smoleński dostał swoją wersję i będzie ją honorował. Antoni Macierewicz musiał jakoś wybrnąć z tego, co mówił przez lata. Jestem świeżo po analizie wszystkich dokumentów stworzonych w jego zespole smoleńskim. I jest on konsekwentny w tym sensie, że o wybuchach mówi od wielu lat, podobnie jak o złym, celowym sprowadzaniu samolotu na śmierć. Ale czy ludzie niewiedzący, co się stało w Smoleńsku, ten "nietwardy" elektorat dowiedział się cokolwiek nowego? Czy to mogło go przekonać? Śmiem wątpić...

- No właśnie, co komisja, to inne ustalenia - można się w tym pogubić.

- Z punktu widzenia obywatela to sytuacja absurdalna. Gdy rządzi jedna ekipa, to jej komisja i prokuratura dochodzi do swoich ustaleń. Potem przychodzi druga ekipa i na podstawie dokładnie tych samych materiałów, mając te same możliwości prawne i dowodowe ustala coś kompletnie innego. Jak ja, jako obywatel, mam zaufać mojemu państwu?

- Możemy zaryzykować tezę, że wczoraj obserwowaliśmy spektakl polityczny, a nie konferencję ekspertów?

- Antoni Macierewicz od kilku miesięcy był pod dużą presją. Po raz pierwszy ma też wyraźne kłopoty polityczne. Nie mówię, że coś mu realnie grozi, ale jego pozycja jest osłabiona, co było widać po sprawie Misiewicza czy przepychankach z prezydentem. A zawsze kiedy Antoni Macierewicz ma kłopoty, ucieka w Smoleńsk - to jest jego bezpieczna przystań, która buduje mu poparcie. I od jakiegoś czasu próbował to robić, na przykład mówiąc, że załatwi poparcie NATO, które zajmie się tą sprawą - oczywiście okazało się to nieprawdą. Natomiast na gruncie formalnoprawnym nic z tego nie wynika.

- W takim razie samo nasuwa się pytanie o to, czy wczorajsza konferencja była czymś niepoważnym?

- Nie, nie chcę używać takich słów, ponieważ nie chcę obrażać ludzi, którzy wierzą w ustalenia tego zespołu. Natomiast powiem tak - komisja, stawiając daleko idące zarzuty przy nikłej podstawie dowodowej, zaczęła zmierzać w kierunku śmieszności. Ale jak się powiedziało "A", to trzeba powiedzieć też "B". Gdy się mówi o bombie, to kto ją zastosował? Rosjanie? Jeszcze być może w jakimś porozumieniu z Tuskiem albo być może go wykorzystali? To jest bardzo poważny zarzut, na który nie przedstawiono dowodów. Interesuję się kwestią katastrofy smoleńskiej od lat, przyglądam się temu, co się dzieje w rozmaitych elementach tej sprawy i nie jestem bezkrytyczny wobec działań poprzedniej prokuratury i komisji Millera. Lecz dzisiejsza konferencja kompletnie mnie nie przekonała.

Najnowsze