Czy prezydent musi myśleć jak rząd? "Jednomyślność to nie demokracja" - pisze Tomasz Walczak

Tomasz Walczak
Autor: Piotr Grzybowski Tomasz Walczak

Jednym z fundamentów kampanii prezydenckiej PiS jest przekonywanie, że wybór głowy państwa spoza obozu rządzącego to przepis na „wojnę na górze”, paraliż państwa i wykolejenie wysiłku reformatorskiego rządu. Przekonuje o tym m.in. rzecznik sztabu Andrzeja Dudy, Adam Bielan, wskazując Senat jako przykład instytucji, która po przejęciu w niej władzy przez opozycję skutkuje „politycznymi awanturami”.

Przekonanie Bielana zdają się potwierdzać Polacy, którzy w sondażu dla „Super Expressu” w zdecydowanej większości uznają, że w najważniejszych sprawach rząd i prezydent powinni mówić jednym głosem. Osobiście czytam ten sondaż jako oczekiwanie obywateli, że Rada Ministrów i głowa państwa będą poszukiwać wspólnego stanowiska nawet w sprawach, które ich dzielą, a nie oczekiwanie, że z góry będą się ze sobą zgadzali.

Zresztą dla państwa ta jednomyślność jest jednak utrapieniem. Ustrojową rolą prezydenta nie jest przecież bycie notariuszem rządu, na co zresztą zwracał uwagę sam Andrzej Duda w kampanii sprzed pięciu lat. Narzędzie, jakim jest prezydenckie weto, to wyraźne wskazanie, że głowa państwa ma być bezpiecznikiem i powstrzymywać niebezpieczne dla państwa i obywateli zapędy rządu. Praktyka III RP dowiodła, że jest z tym jednak problem. Najczęściej prezydent pochodzi z obozu rządzącego i siłą rzeczy podpisuje niemal wszystko, co mu rząd podrzuci. To ogromna słabość polskiego systemu politycznego, która sprawia, że głowa państwa staje się tylko figurantem lub przypisem do rządu.

Co jasne, dla rządzących jest to bardzo wygodne, bo gwarantuje komfort rządzenia. Nie wymusza na nich poszukiwania konsensusu wokół swoich pomysłów i z procesu politycznego tworzy dekorację dla triumfu woli parlamentarnej większości. To sprzyja, niestety, psuciu państwa, bo nawet najbardziej szalone pomysły rządzących mogą być wcielane w życie w ciągu kilkunastu godzin. Oczywiście wspomnienia kohabitacji rządu i prezydenta z czasów PO i Lecha Kaczyńskiego mamy jak najgorsze. Pokazały też istotne niedoróbki konstytucji, które karczemnej awanturze sprzyjały. Niemniej oczekiwalibyśmy – chcą tego przecież Polacy – by, nawet jeśli rząd i prezydent pochodzą z innego obozu politycznego, potrafili się ze sobą dogadać i w cywilizowany sposób ucierać stanowiska. Na tym w końcu polega demokratyczna polityka, a nie na jednomyślności ośrodków władzy. Jednomyślność to cecha państw słabych, a nawet autorytarnych. A to już przecież przerabialiśmy.

Czytaj Super Express bez wychodzenia z domu. Kup bezpiecznie Super Express KLIKNIJ tutaj

Najnowsze