Braun nie wytrzymał. Nazwali go "ruskim agentem". Ujawnia, co zrobił [WIDEO]

2019-11-05 6:02 Sandra Skibniewska
Grzegorz Braun
Autor: Maciej Jemioła Grzegorz Braun podczas wywiadu

- I nie zamierzam przyłączyć się do tej nagonki. Choć nie występuję również w charakterze samozwańczego adwokata. Głównym zarzutem w stosunku do pana Banasia jest to, że coś ma. Jako poseł będę zasiadał w Sejmie, gdzie większość ludzi nic nie ma poza dietą i etatem poselskim. To niezdrowe. Prezes NIK łamie tę normę. Coś posiada zatem jest prawdziwie niezależny. Z doniesień medialnych wnioskuje, że pensja urzędowa nie jest dla pana Banasia być albo nie być - powiedział reżyser i poseł Konfederacji Grzegorz Braun.

- „Super Express”: - Jakiś czas temu poinformował pan, że „uprzejmie na siebie donosi” do prokuratury. Sam na siebie.

- Grzegorz Braun:- Jako nieprzesadny skrupulant, ale jednak legalista, staram się wprowadzać ważne sprawy na płaszczyznę prawa i sprawiedliwości.

- Chodziło o pańską „rosyjską agenturalność”. Chciał pan rozstrzygnąć czy jest agentem czy nie?

- Zdążyłem naczytać się i nasłuchać najdzikszych insynuacji, które były jednocześnie bezpodstawnymi zarzutami związanymi z moją rzekomą agenturalnością. Zawiadamiając prokuraturę o tym, że piszą i mówią o mnie „ruski agent” chciałem tę kwestię rozwiązać raz na zawsze.

- I jaka jest pańska linia obrony?

- Jestem lojalnym obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej i pragnę stać jedynie na gruncie polskiej racji stanu. Co najważniejsze, pragnę reprezentować interes Polski. Oskarżenie o pracę na rzecz innego mocarstwa jest pomówieniem dużego kalibru i w tej kwestii prokuratura nie może polegać jedynie na moich zeznaniach. Tak napisałem.

- Przesłuchano pana?

- Tak. W charakterze świadka. Po kwartale dostałem zawiadomienie o odmowie wszczęcia dochodzenia w rzeczonej sprawie. Odmowa sądu nie miała odkrywczych dla mnie uzasadnień. Prokuratura nie dopatrzyła się popełnienia przeze mnie jakichkolwiek przestępstw w temacie, o którym rozmawiamy.

- Czyli jest pan jedynym politykiem w tej części Europy, który ma zaświadczenie, że nie jest „ruskim agentem”.

- To prawda. Mam poświadczenie prokuratorskie na piśmie. Mam także podobny certyfikat zaświadczający, że nie jestem faszystą.

- Jak zdobył pan certyfikat o niebyciu „faszystą”?

- Przed laty „Gazeta Wyborcza” i telewizja „WSI24” rozpowszechniały na mój temat oszczerstwa dotyczące rzekomej faszyzacji. Wówczas poczułem się zmuszony, aby zawiadomić o tym prokuraturę. Szerzenie tej zbrodniczej ideologii jest u nas przestępstwem nie tylko kodeksowym, ale i konstytucyjnym. Prokuratura zbadała sprawę i odmówiła wszczęcia postępowania.

- Ma pan zatem dwa certyfikaty...

- Tak. Podwójny certyfikat koszerności.

- Nowy ambasador Izraela stwierdził, że „to smutne, iż tak antysemicka partia jak Konfederacja będzie w Sejmie”. Panu także smutno, że politycy Konfederacji są nieustannie określani jako „antysemici”?

- Jestem tak gruboskórny, że nie zamierzam przeżywać stanów emocjonalnych związanych z tym, iż znalazł się kolejny dezinformator szerzący dezinformację. Napisałem do premiera z zapytaniem, czy podziela smutek ambasadora Alexandra Ben Zvi, że Konfederacja zasiada w ławach sejmowych. Moim zdaniem zachowanie ambasadora jest niezgodne z etykietą dyplomatyczną. Nowy ambasador jest godnym następcą pani Azari. Bezczelne roszczenia żydowskie są artykułowane w okropny sposób. Szabasowe kolacje u Johnnego Danielsa, który nawoływał, aby władza usunęła mnie z życia publicznego. Ambasador Izraela nie rozumie jakie jest miejsce w szeregu gości.

- Jeżeli w pana rękach leżałby los ambasadora Izraela to co by pan z nim uczynił?

- Zakupienie biletu i podróż w jedną stronę do Izraela byłaby dobrym rozwiązaniem. Niech wraca do miejsca, z którego go diabli wzięli. Zastawiam się w liście do premiera, jaka jest podstawa prawna do walki z antysemityzmem? Albo działamy zgodnie z prawem i mamy podstawę prawną, albo premierowi wydaje się, że z czymś walczy. Premier jest naszym urzędnikiem i niech dobrze uważa, czy bierze pensje za to, co robić powinien.

- Czeka pan na odpowiedź premiera, ale co, jeżeli nie odpowie na pana list? Ma pan jakiś wariant B?

- Jeżeli premier nie odpowie, to będę ponawiał pytania w formie interpelacji poselskiej.

- W Sejmie sporo mówi się o sprawie prezesa NIK, pana Mariana Banasia. Wywołuje to poruszenie opinii publicznej. Pisze się o związkach z ludźmi wiązanymi z mafią. Są nieścisłości w zeznaniach majątkowych oraz duży majątek. Nieprzystający do zarobków urzędnika państwowego… Pan Banaś opublikował oświadczenie, że majątek zdobył uczciwie. Wierzy pan mu?

- Sprawa prezesa NIK to sprawa, która będzie godzinami omawiana przez dziennikarzy. Tyle, że to wszystko co dzieje się wokół pana Banasia ma kształt nagonki.

- Próba wyjaśnienia sprawy pana Banasia przez dziennikarzy jest „nagonką”?

- I nie zamierzam przyłączyć się do tej nagonki. Choć nie występuję również w charakterze samozwańczego adwokata. Głównym zarzutem w stosunku do pana Banasia jest to, że coś ma. Jako poseł będę zasiadał w Sejmie, gdzie większość ludzi nic nie ma poza dietą i etatem poselskim. To niezdrowe. Prezes NIK łamie tę normę. Coś posiada zatem jest prawdziwie niezależny. Z doniesień medialnych wnioskuje, że pensja urzędowa nie jest dla pana Banasia być albo nie być.

- To powinno wzbudzać zaufanie? A co z pochodzeniem majątku?

- To oznacza, że on może być człowiekiem niezależnym. W Polsce pokutuje jeszcze ideologia, propaganda komunistyczna, w myśl której każdy posiadacz czegokolwiek jest z góry podejrzany. Myślę, że ci, którzy dzisiaj płyną na tej fali i żerują na skłonności opinii publicznej do ulegania reliktom komunistycznej, sądzą po sobie. Niektórym się wydaje, że aby dojść do jakiejkolwiek majętności trzeba wplątać się w aferę lub być nieuczciwym. Przypuszczam, że oskarżyciele pana Banasia mierzą innych swoją miarą. Chór oburzonych reprezentuje m.in. dziennikarz Bertold Kittel, który ma na koncie udane manipulacje w kontekście ministra Szeremietiewa.

- Media uwzięły się na pana Banasia?

- Moim zdaniem lincz na prezesie NIK nie jest uzasadniony. Każdy z nas mógłby mu pozazdrościć biografii. Pan Banaś był odważny i dzielny w czasach, w których za odwagę płaciło się więzieniem, nękaniem i wieloletnim dyskomfortem. Jego wyjaśnienia są spójne i logiczne. Co więcej, koledzy z tej samej strony barykady odcinają się od niego. Ministrowie się dystansują. Postrzegam więc prezesa Banasia jako rokującego większą niezależność niż wcześniej. Nie można dziś powiedzieć, że to PiS-owski kandydat, gdy jest podgryzany i podkopywany przez „swoich”.

Rozmawiała Sandra Skibniewska