Na marginesie sprawy Giertycha: Afer już w Polsce nie będzie - pisze Tomasz Walczak

2020-10-19 7:35 tw
Tomasz Walczak
Autor: Piotr Grzybowski Tomasz Walczak

Przygody Romana Giertycha z wymiarem sprawiedliwości urozmaiciły nam nieco zdominowaną przez koronawirusowy dramat debatę publiczną. Obie sprawy, choć tak różne, wiele mówią o Polsce A.D. 2020. Koronawirus, jak wiadomo, obnażył bylejakość naszego państwa. Czego natomiast uczy nas sprawa Romana Giertycha? Że w Polsce nie będzie już żadnych afer.

Abstrahując bowiem od zarzutów wobec Giertycha i wszystkich mniej lub bardziej dziwnych okoliczności, w których się ta historia rozwija oraz jej finału, jest ona kolejnym w ostatnich latach przykładem, że politycy i osoby publiczne stali się na swój sposób niezniszczalni. Plemienność życia publicznego, funkcjonowanie impregnowanych na siebie baniek informacyjnych oraz wzajemna nieufność sprawiają, że nie ma już ogólnie akceptowalnych standardów, które można by przyłożyć do każdej podejrzanej sprawy.

Nikt nie czekał na rozwój historii Giertycha, bo oba plemiona szybko okopały się na swoich pozycjach. Jedni już widzieli go w więzieniu, snuli wizje zdegenerowanego człowieka, po którego wreszcie przyszła sprawiedliwość. Drudzy z góry założyli, że sprawa jest prywatną wendetą prezesa PiS, Giertycha chcą zniszczyć, a on sam jest kryształową postacią, której nic nie można zarzucić.

Taki schemat powtarza się przy innych okazjach, żeby wspomnieć tylko perypetie Mariana Banasia, Sławomira Nowaka, aferę w KNF. Sympatyzujący z ich bohaterami tych historii szybko ogłaszali nieskazitelność charakterów, bronili ich jak niepodległości i wymyślali piętrowe intrygi, które za ich problemami miały w rzeczywistości stać. Byli bronieni, bo oskarżenia padały ze strony innego plemienia lub uważanych za ich pasy transmisyjne mediów czy instytucji.

Wiele mediów tak bardzo zaangażowało się w spór polityczny PO-PiS, że na świat patrzą tylko w czerni i bieli, jasno opowiadają się po jednej lub drugiej strony konfliktu, tracąc w ten sposób rolę wyroczni dla części społeczeństwa. To samo z instytucjami państwa, które upartyjnione jak nigdy wcześniej, nie budzą zaufania tych, którzy sympatyzują z opozycją. Nie ma więc już powszechnie akceptowalnych arbitrów, którym wierzono by bezgranicznie po obu stronach.

Dziś afera Rywina nie byłaby możliwa. Rozmyłaby się w plemiennym sporze. Podobnie byłoby z innymi głośnymi skandalami politycznymi III RP. Choć w ten niecodzienny sposób rozwiązaliśmy problem afer w Polsce, aferzyści nadal w Polsce są. Mogą jednak spać spokojnie, bo póki trwa plemienne wojna, nic im nie grozi. Nie da się ich skompromitować i skazać na banicję. Zawsze bowiem znajdą się tacy, którzy uznają ich za swoich i będą bronić do upadłego.

Najnowsze
KOMENTARZE