PiS przyznał, że Polacy mają prawo być wściekli - o związkach gniewu i polityki mówi Tomasz Markiewka

2020-07-15 19:22 Tomasz Walczak
Michał Kołodziejczak, protest przedsiębiorców w Warszawie
Autor: Marcin Wziontek / SE

Tym zapunktował PiS, a wcześniej Samoobrona – przyznawaniem ludziom, że mają prawo być wkurzeni. Partie, umownie nazwijmy je liberalnymi, często próbują wywołać poczucie winy u tych wyborców, mówiąc, że skoro są wkurzeni, to na pewno jest z nimi coś nie tak – o roli społecznego gniewu w polskiej polityce mówi w rozmowie z „Super Expressem” dr Tomasz Markiewka, autor książki „Gniew. Inna historia III RP”.

„Super Express”: - Polacy mają prawo być wkurzeni?
Dr Tomasz Markiewka: - Oczywiście, że mają. Pytanie tylko, jak to wkurzenie będą wyrażali.
- A jakoś wyrażają? Patrząc na ulice polskich miast, widać ciszę i spokój. Nie ma protestów, związki zawodowe nie bardzo mają ochotę palić opony i rzucać kamieniami w gmachu rządowe. Można by pomyśleć, że żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości.
- To jest właśnie postawa, która opisuję w książce – swoją złość wyrażamy w indywidualny, sprywatyzowany sposób. Jeśli już wściekamy się na rzeczywistość społeczno-polityczną, to nie w sposób zorganizowany, polityczny, ale złorzecząc na tę czy inną władzę pod nosem lub narzekając w gronie znajomych. Przypominamy w tym Adasia Miauczyńskiego z „Dnia Świra”: używamy wyszukanych przekleństw, by naszą złość wyrazić, ale nie przychodzi nam do głowy, żeby się zmobilizować i zbiorowo wyrazić swój gniew w sposób polityczny – żądając systemowych zmian.
- Co się stało, że w kraju 10-milionowego ruchu znanego jako Solidarność, która zatrzęsła blokiem wschodnim, masowa mobilizacja polityczna gdzieś zniknęła?
- Paradoks polega na tym, że do wyrażania gniewu politycznego nas zniechęcano. Robili to politycy na początku lat 90., którzy przekonywali, że musimy przyglądać się biernie temu, jak eksperci reformują nasz kraj i spokojnie czekać na efekty. A jeśli ktoś protestował, to od razu był podejrzewany o roszczeniowość, o bycie homo sovieticusem, osobą, która nie potrafi zająć się własnym życiem. W ten sposób przyuczano nas do tego, by „wziąć sprawy we własne ręce”, a nie szukać politycznych rozwiązań.
- Niektórzy brak protestów i głośnego wyrażania swoich interesów uznają za wyższość Polski nad takimi „upadłymi” krajami jak Francja czy Stany Zjednoczone, gdzie płoną ulice tamtejszych miast. Może jesteśmy dojrzalsi od innych społeczeństw?
- To przekonanie, że brak ostrych protestów jest oznaką dojrzałości wynika ze skrzywionego sposobu, w jaki opowiadamy sobie historię świata i Polski. Najczęściej nie mówimy, w jaki sposób osiągnięto rzeczy, które dziś uważamy za oczywistości: jak kobiety zdobywały prawa wyborcze, a ruch robotniczy wywalczył 8-godzinny dzień pracy. A stało się to wskutek masowych i często gwałtownych protestów. Podręczniki historyczne nie skupiają się jednak na tych wątkach.
- Nasi współcześni arbitrzy elegancji zapewne z niesmakiem spojrzeliby na protesty sufrażystek czy amerykańskich robotników.
- Dokładnie. W zasadzie wszystkie prawa, które dziś uznajemy za element rozwiniętych demokracji, zostały wywalczone na ulicach miast i często kończyły się więzieniem dla uczestników protestów. Tak powstaje złudne wrażenie, że przyszły one same z siebie lub zostały wynegocjowane przy kawie i ciastkach. To też doskonale widać na przykładzie tego, jak traktujemy ważne figury historyczne, na przykład Martin Luther King, którego kojarzymy wyłącznie z kilkoma sloganami, jak ten, że „miał sen”. Zapominamy o gniewnym aspekcie ruchu, na którego czele stał King, o jego doktrynie „tworzenia napięcia” społecznego, które miało wywierać presję na władzy.
- Z drugiej strony, może nie potrzebujemy mobilizacji społecznej w postaci protestów i głośnego dopominania się o swoje interesy, skoro mamy partie polityczne i w Polsce to one ten gniew kanalizują. Tak było przecież z Samoobroną. Tak było z PiS. Obie partie w różnym momencie potrafiły społeczny gniew przekuć w poparcie polityczne.
- Rzeczywiście, udawało im się przejmować autentyczny gniew społeczny. Pytanie, czy potrafiły albo w ogóle chciały rozwiązać systemowe przyczyny tego gniewu. Na przykład Lepper doskonale rozpoznał problem wykluczenia części społeczeństwa z sukcesów III RP. I niektóre z tych osób głosowały na Samoobronę, pytanie, co ostatecznie Lepper zrobił dla tych ludzi poza tym, że dał im poczucie reprezentacji? Dlatego ważne jest, by wywierać społeczną presję na partie polityczne i wymuszać na nich konkurencję o to, kto rozwiąże lepiej systemowe problemy społeczne. I tak wracamy do poprzedniego problemu: większość partii nie chciała brać udziału w tej konkurencji, uważając, że jak komuś jest źle, to jego indywidualny problem.
- Gniew, jak już ustaliśmy, jest dość naturalną emocją społeczną. W swojej książce rozróżnia pan gniew na ten konstruktywny i destruktywny, pokazując, że wbrew obiegowej opinii może być on czymś twórczym. W jaki sposób?
- Gniew destruktywny rozumiem jako ten, który nie rozwiązuje naszego problemu, ale przekierowuje naszą złość na inne grupy społeczne, najczęściej mniejszościowe lub dyskryminowane. Dobrym przykładem jest tu Trump. Wyniesiony do władzy po części przez złość białej klasy pracowniczej, słusznie wściekłej, że od kilkudziesięciu lat jej pensje stoją w miejscu. Kiedy jednak przyjrzymy się działaniom Trumpa, to widzimy, że na dłuższą metę nie rozwiązuje problemów tych ludzi. Robi dokładnie to samo, co poprzedni prezydenci, obniża podatki najbogatszym, olewa służbę zdrowia, a zamiast tego przekierowuje gniew społeczny np. na imigrantów z Meksyku. Tyle, że gniew na imigrantów nie poprawi losu białej klasy pracowniczej.
- A ten konstruktywny?
- To gniew, który prowadzi do systemowego rozwiązania konkretnych problemów, które są jego źródłem. Jeśli problemem są warunki pracy, to gniew konstruktywny prowadzi do ich poprawy. Jeśli problemem jest bieda, politycy zmuszeni są do podjęcia reform, które mają ją ograniczyć.
- Przekierowanie tego gniewu, który najczęściej rodzi się z problemów ekonomicznych, jest o tyle łatwiejsze, że od triumfu doktryny liberalnej, niemal wszyscy politycy uznali, że istnieje tylko ten model gospodarczy. Ekonomia wyszła z pola sporu politycznego i gniew kanalizowany jest nagonką na imigrantów czy – jak swego czasu w Polsce – pogrobowców PRL, którzy uczciwym ludziom ukradli Polskę. Na ten konstruktywny gniew nie ma zapotrzebowania
- To prawda. Doktryna neoliberalna spychała problemy finansowe do sfery prywatnej, tłumacząc, że jeśli nie zarabiasz dostatecznie dużo, to jesteś za mało zaradny i musisz się wziąć do pracy. W ten sposób eliminowano z polityki kwestie ekonomiczne, a gniew społeczny kanalizował się gdzie indziej. Doszło do takiego absurdu, że kiedy jakiś polityk obiecuje, iż pomoże ludziom, z automatu określa się go mianem niebezpiecznego populisty. Choć jeśli się nad tym zastanowić, czy nie o to powinno chodzić w polityce? Po to wybieramy polityków, by poprawili nasz los, a tymczasem zaczęło to traktować za największą wadę polityczną. Za odpowiedzialnego uchodził ten, który obiecuje wyrzeczenia i zaciskanie pasa.
- Potem jest zdziwienie i załamywanie rąk, bo wygrywają populiści. Bo przecież gniew ekonomiczny nie znika – on jest po prostu wykorzystywany przez nich na innych, często groźnych dla spójności społecznej, polach.
- Tym zapunktował Trump, tym zapunktował PiS, a wcześniej Samoobrona – przyznawaniem ludziom, że mają prawo być wkurzeni. Partie, umownie nazwijmy je liberalnymi, często próbują wywołać poczucie winy u tych wyborców, mówiąc, że skoro są wkurzeni, to na pewno jest z nimi coś nie tak. Że przejawiają swoją roszczeniowość. Natomiast partie prawicowe przyznają im rację i obiecują w ten czy inny sposób odpowiedzieć na ich gniew. Choć uważam, że ich odpowiedź na ten gniew niczego tak naprawdę nie rozwiązuje, to przynajmniej rozpoznają jego istnienie i dają prawo do jego wyrażania. Ostatnio, po latach niefortunnego upodabniania się do liberałów, stara się to wreszcie robić także lewica, próbująca na nowo złapać kontakt ze społeczeństwem.
- Wspomnieliśmy o partiach liberalnych, które społecznym gniewem gardzą i odmawiają do niego prawa. Ale w Polsce gniew jest udziałem także liberalnych wyborców, na co zwraca pan uwagę w książce. Jak się on objawia?
- To pewien paradoks, bo partie liberalne, także w Polsce, przedstawiają się jako partie uśmiechu i zadowolenia, ale pod tą maską polityki miłości buzuje ogromny gniew na polityków takich jak Trump czy Kaczyński, a także na ich wyborców. Ten gniew też w ostateczny rozrachunku jest niekonstruktywny. Zamiast zadawać sobie pytanie, czemu ci wyborcy wybierają taką a nie inną partię, zaczyna się ich obrażanie i mówienie, że się sprzedali za 500 zł lub są ciemnogrodem, który nie potrafi rozpoznać prawidłowej polityki. Albo jedno i drugie.
- Ale jakże lepiej się człowiek czuje, kiedy ponarzeka na darmozjadów z klasy ludowej, którzy wolą się lenić i sięgać po pieniądze zaradnych Polaków, niż „zmienić pracę i wziąć kredyt”.
- Ale jakże to jałowe! Czym się ten gniew tzw. „światłej” Polski na uboższych współobywateli różni od gniewu wyborców Trumpa na imigrantów z Meksyku? Na koniec dnia trzeba sobie bowiem zadać pytanie, co mi z tego przyjdzie, że ktoś obraził beneficjentów 500+ lub Meksykanów? Schemat jest podobny i ostatecznie nie prowadzi do rozwiązania żadnych realnych problemów.
- I co jest odpowiedzią, by ten gniew zamienił się w coś twórczego?
- Dla mnie kluczowa jest reprezentacja polityczna, tzn. w jaki sposób politycy chcą odpowiedzieć na nasz gniew. Ważne jest to, żebyśmy mieli różne opcje do wyboru, żeby przyszły trzy-cztery partie, a każda z nich rozpoznała problemy społeczne, uznała gniew, który one wywołują, i zaproponowała swoją odpowiedź na te problemy. Wtedy mamy realną demokrację, bo wtedy mamy realny wybór. Jeśli jest tylko jedna formacja, która rozpoznaje społeczny gniew i pozostałe, które to ignorują, to żadnego wyboru nie mamy, a demokracja staje się tylko formalna.
Rozmawiał Tomasz Walczak

Najnowsze