Prof. Mączyńska komentuje: Duże pieniądze w rękach tak nielicznych zagrażają demokracji

2018-02-24 3:00 Rozmawiał Tomasz Walczak
Prof. Elżbieta Mączyńska
Autor: Tomasz Radzik Prof. Elżbieta Mączyńska Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego

Prof. Mączyńska ocenia najnowsze dane, z których wynika, że Polsce mamy największa liczbę miliarderów w historii.

"Super Express": - Według rankingu "Forbesa" mamy najwięcej w historii polskich miliarderów. Nie brakuje głosów, że to świetnie, bo to oznacza, że gospodarka nam się rozwija. Rzeczywiście są powody do radości?

Prof. Elżbieta Mączyńska: - Przede wszystkim rosnąca liczba ludzi bardzo bogatych nie dziwi. Jesteśmy cały czas krajem na dorobku i postępujące bogacenie się społeczeństwa sprawia, że coraz więcej mamy miliarderów. A im jest ich więcej, tym bardziej trzeba się zastanowić nad rozkładem bogactwa. NBP zrobił badania, z których wynika, że mamy jednak w Polsce dość duże nierówności - zarówno dochodowe, jak i majątkowe. Wyraźnie więc mamy problem ze zrównoważonym rozkładem bogactwa. To z kolei rodzi problemy.

- Czemu?

- Jeżeli zbyt dużo bogactwa koncentruje się w zbyt wąskiej grupie ludzi, tworzy się problem ograniczeń popytowych, co negatywnie wpływa na gospodarkę. Ci nieliczni, którzy dysponują ogromnymi pieniędzmi, nie są w stanie wydać tego, co mają, a biednych nie stać, by kupować dużo. Choć półki uginają się od towarów, nie ma chętnych, by je nabyć. To rodzi problem dla producentów. Skoro nie mają chętnych na swoje towary, muszą ograniczać produkcję i zwalniać ludzi. Tworzy się zamknięty krąg i gospodarka zwalnia.

- Od początków transformacji jesteśmy karmieni opowieścią, że gdy bogaci będą mieli więcej pieniędzy, wszyscy na tym skorzystamy, bo bogactwo, zgodnie z tzw. teorią skapywania, idzie w dół. Albo jak kto woli, fala unosi wszystkich - nie tylko luksusowe jachty, lecz także liche łódki.

- Nie tylko ekonomiści, lecz także życie dostarcza dowodów, że tak nie jest. Bogaci bardzo często są skłonni swoje nadwyżki finansowe inwestować w spekulacje, czyli szeroko pojęte instrumenty finansowe, które nie mają żadnego przełożenia na realną gospodarkę. To nie tylko nie tworzy nowych miejsc pracy, ale jest także bardzo niebezpieczne dla stabilności gospodarczej. Przypomnę bowiem, że to spekulacje na rynkach finansowych doprowadziły do kryzysu 2008 roku. Wracając do metafory fali, to laureat ekonomicznego Nobla Angus Deaton zauważył, że nie każdy przypływ unosi wszystkie łodzie i konieczna jest polityka państwa, mająca na celu dbałość o to, by nie dochodziło do nadmiernych nierówności.

- Niektórzy mówią, że walka z nierównościami to fanaberia, bo one zawsze były i zawsze będą.

- Oczywiście nierówności nie da się wyeliminować, bo my jako ludzie jesteśmy nierówni. Jeden jest leniwy, drugi pracowity. Jeden jest z natury przedsiębiorczy, drugi jest człowiekiem, który nie potrafi poruszać się w sferze biznesu. Jeden jest Lewandowskim, drugi nie ma jego talentu. Nierówności będą więc zawsze. Chodzi o to, żeby nie narastały w taki sposób, że stworzy to problemy nie tylko gospodarcze, lecz także społeczne i polityczne. Zbyt duże nierówności to wręcz zagrożenie dla demokracji, bo w skrajnych przypadkach miliarderzy mogą kupować polityków i w ten sposób wpływać na funkcjonowanie państwa.

- Wszyscy się o to martwią, ale jakoś nikt nic z tym nie robi.

- To fakt. Od lat na problem nierówności zwraca uwagę Międzynarodowy Fundusz Walutowy, którego szefowa skarży się, iż nikt tego nie słucha, choć na forum ekonomicznym w Davos to jeden z głównych tematów dyskusji. Globalizacja co prawda sprawia, że najbiedniejsze kraje zmniejszają dystans do najbogatszych, ale nierówności rosną wewnątrz tych krajów.

- I co z tym zrobić?

- Już Adam Smith zwracał uwagę, że rzeczą pożądaną jest wprowadzenie progresywnych podatków, gdzie najbogatsi musieliby się najbardziej do wspólnego budżetu dokładać.

- Jak ktoś mówi o podnoszeniu podatków dla majętnych, to zaraz podnosi się larum, że ktoś tu zapragnął powrotu komunizmu. Jan Kulczyk mawiał, że nie można karać podatkami tych, którzy wcześniej wstają, więcej się uczą i więcej ryzykują.

- To żaden komunizm. Bo czyż Adama Smitha można uznać za komunistę?

- Nie, to idol neoliberałów.

- No właśnie, ale biorą z niego tylko to, co im pasuje. Powtórzmy więc - walka z koncentracją majątków oraz nierównościami ma nie tylko moralny sens, ale przede wszystkim ekonomiczny. Gdy ludzie będą biedni, nie będą w stanie kupować, a bez tego firmy nie będą mogły się rozwijać. Czas to w końcu zrozumieć.

Zobacz także: Adamowicz tłumaczy, co skłoniło go do kandytowania. Mówi też o swoich mieszkaniach i 36 kontach bankowych

Najnowsze