Prof. Mączyńska: Zamysł dobry, ale diabeł tkwi w szczegółach

2017-09-12 4:00 Rozmawiał Tomasz Walczak
Prof. Elżbieta Mączyńska
Autor: Tomasz Radzik Prof. Elżbieta Mączyńska Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego

Profesor Mączyńska komentuje plany gospodarcze Mateusza Morawieckiego.

"Super Express": - Mateusz Morawiecki z pompą ogłosił program, który ma pomóc w rozwoju biedniejszych i dotkniętych większym bezrobociem regionów Polski. Plan jest prosty - zrobić z naszego kraju jedną wielką Specjalną Strefę Ekonomiczną i w zależności od potrzeb zwalniać firmy z podatków. Czy to najlepszy pomysł? Bo niektórym stają przed oczami wszystkie patologie tych stref i wróżą, że teraz skończy się podobnie.

Prof. Elżbieta Mączyńska: - Bez wątpienia SSE w dotychczasowej formie już się nie sprawdzają. Badania pokazują, że rachunek korzyści z ich istnienia jest problematyczny. Na pewno były one potrzebne w momencie, kiedy Polska nie miała kapitału i musiała przyciągać inwestorów zagranicznych, by pobudzać przedsiębiorczość. Niestety, wprowadzało to nierówność konkurencji, ponieważ SSE faworyzowały kapitał zagraniczny kosztem polskich firm, a do tego nie zawsze inwestowano w najnowocześniejsze dziedziny gospodarki. W Specjalnych Strefach Ekonomicznych zbyt często gościły firmy będące zwykłymi montowniami, które łatwo wynosiły się z nich, kiedy kończyły się ulgi.

- Dlatego zastanawia, czy ten nowy pomysł Mateusza Morawieckiego to nie będzie to samo, tylko bardziej - wyjdzie bowiem poza te kilkanaście rezerwatów, które obecnie funkcjonują.

- Mateusz Morawiecki doszedł do słusznego wniosku, że w obecnej formie SSE się nie sprawdzają jako motor napędowy gospodarki i proponuje spore zmiany. Widać, że w założeniu pana premiera główny punkt ciężkości postawiony jest na jakość inwestycji. Preferencyjne warunki będą oferowane firmom, które mają potencjał nowoczesności i tworzenia stałych miejsc pracy, które nie wyemigrują. Co więcej, zgodnie z założeniami Strategii na rzecz Zrównoważonego Rozwoju preferowane mają być miejsca dotknięte wykluczeniem, tak by wyrównywać różnice między regionami Polski. To ważne założenie.

- Dotychczasowe doświadczenia zachęt do inwestowania w postaci zwolnień podatkowych pokazują, że w przypadku biedniejszych regionów one po prostu nie działają. Inwestorzy i tak wybierają miejsca bardziej rozwinięte. Także kierowanie tych inwestycji w miejsca, gdzie panuje wysokie bezrobocie, się nie sprawdza, bo i tak kapitał płynie do regionów o niskim bezrobociu.

- Oczywiście, tak jest. Inwestor patrzy przede wszystkim na koszty funkcjonowania firmy i są one niższe tam, gdzie infrastruktura jest lepiej rozwinięta, a siła robocza dobrze wykwalifikowana. Na pewno nie da się zadekretować, że ta czy inna inwestycja powstanie w pożądanym przez państwo miejscu, bo nie żyjemy w czasach gospodarki nakazowej. Niemniej dobrze zaprojektowane ulgi mogą skłonić inwestorów, by wybierali jednak te miejsca, które z punktu widzenia interesów państwa są bardzo korzystne, choć na pierwszy rzut oka nie wydają się szczególnie atrakcyjne. Pamiętajmy też, że żyjemy w epoce rewolucji cyfrowej, która daje bardzo duże możliwości innego podejścia do biznesu niż dotychczas i sprawia, że łatwiej jest zarządzać przedsiębiorstwami, nawet jeśli są one zlokalizowane poza wielkimi aglomeracjami.

- Widzę, że daleko pani do sceptycyzmu wobec pomysłów premiera Morawieckiego.

- Co do założeń nie wydają się one złe. Oczywiście wiele może się tu nie powieść. Mamy przecież do czynienia z żywiołem rynku, ale doświadczenie innych krajów pokazuje, że takie "sterowanie" inwestycjami jest przecież możliwe. Weźmy choćby Singapur. Wiele ten kraj różni od Polski, ale tam też władze postawiły na selektywne inwestycje. Wspierano powstawanie firm, których obecność z punktu widzenia gospodarki Singapuru była korzystna i to się udało. Jeśli takie rzeczy się nie udają, to albo państwo jest za słabe, albo ulgi źle skonstruowane. Kończy się na tym, że jeśli już pojawiają się pożądane inwestycje i tak trafiają one do regionów dobrze rozwiniętych, co jeszcze bardziej pogłębia różnice rozwojowe między regionami.

- Państwo mamy na tyle silne, a system ulg będzie na tyle dobrze skonstruowany, żeby plan premiera Morawieckiego się udał?

- Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, a tych po prostu nie znamy, więc trudno to w tym momencie ocenić. Na pewno w sytuacji, kiedy mamy tak dużą asymetrię między rozwojem poszczególnych regionów kraju, państwo po prostu musi działać. I wcale nie musi tego robić wyłącznie poprzez zachęty do inwestycji w konkretnych regionach. Czemu na przykład niektóre ministerstwa nie znajdują się poza Warszawą? Przecież można byłoby część z nich przenieść do regionów biedniejszych i mniej rozwiniętych. Obecność takich instytucji zawsze daje impuls rozwojowy. I to także warto wziąć pod uwagę.

Andrzej Stankiewicz: Duda wzmacnia umiarkowany PiS

Najnowsze