Prof. Ryszard Bugaj: "Wyborcza" to terror i pogarda

2015-06-10 4:00 Rozmawiał Mirosław Skowron
Opinie Super Expressu. Prof. Ryszard Bugaj: Jakaś forma pomocy,choć nie dla wszystkich
Autor: ARCHIWUM

Prof. Ryszard Bugaj: "GW" bardzo specyficznie podchodzi do wolności słowa i debaty publicznej.

"Super Express": - Jak wyglądałyby Polska i debata publiczna bez istnienia "Gazety Wyborczej"?

Prof. Ryszard Bugaj: - Zapewne weszłoby w tę lukę coś innego, ale w swoim czasie "Wyborcza" uzyskała tak olbrzymi wpływ na media, że mówiło się o Polsce jako "kraju jednej gazety". To na szczęście dawno się skończyło i oni nie mogą tego przeboleć. Ich wpływ na elity był olbrzymi, ale naruszali dobre zasady pluralizmu. I ten wpływ na przestrzeni wielu lat trzeba niestety ocenić negatywnie.

- Pan do pewnego czasu był blisko środowiska "Wyborczej".

- I rozstawałem się z nim stopniowo. Miałem tam przecież wielu przyjaciół, na początku też jakąś sympatię do gazety dawnej opozycji. Tyle że oni mieli wziąć na siebie obowiązki całej opozycji, a reprezentowali tylko jedną partię. I ten alians był bardzo ścisły. To był organ Unii Wolności, a czasy organów partyjnych minęły. Bardzo szybko okazywali jednak zrozumienie dla ludzi dawnej PZPR. Pierwszy tekst, którego mi zakazali, był o Aleksandrze Kwaśniewskim, kiedy wygrał wybory. Teraz nie zamieszczają nawet krótkich, jednostronicowych moich polemik. Oni specyficznie podchodzą do wolności słowa i debaty. Nie od dziś.

- To znaczy?

- Każdy, kto ma wątpliwości wobec aktualnej linii "Wyborczej", jest traktowany jak szkodnik, wróg demokracji i wolności. Jestem lewicowcem, ale to, co oni nieraz wyprawiali z niektórymi ludźmi np. z prawicy, to był niebywały terror i pogarda. Często sięgali po niegodne metody dziennikarskie. Wiem, że teraz na łamach "Wyborczej" prowadzą swoją wojenkę z tabloidami...

- Prowadzą.

- To zabawne, bo sami próbowali wydawać tabloid, ale im nie wyszło. Miał taki dydaktyczny posmak... Ciekaw jestem, czy "Wyborcza" skrytykuje przy tej wojence pierwszy polski tabloid, dużo brutalniejszy i niszczący ludzi. Myślę o tygodniku "Nie" Jerzego Urbana. Czy jednak ze względu na przyjaźń redaktorów Michnika i Urbana jego akurat nie skrytykują?

- W "Wyborczej" był taki tekst o panu Beresia i Skoczylasa...

- Tak, na dwie kolumny. Autorzy byli tam kimś od czarnej roboty. Obaj oczywiście ze mną nie rozmawiali, bo i po co. Ostatni raz przed "Wyborczą" tak dużym tekstem z podobnymi technikami dziennikarskimi zaszczyciła mnie "Trybuna Ludu" w 1982 roku. Ciekawy był powód opublikowania tej krytyki.

- Jaki?

- Za czasów AWS powstała taka ustawa, która wspierała dawnych opozycjonistów, którym nie ułożyło się w wolnej Polsce i którzy klepali biedę. W "Wyborczej" pojawiły się naprawdę skandaliczne komentarze w stylu "myśmy nie walczyli dla pieniędzy". Skandaliczne, bo sami ludzie "Wyborczej" wykonali niebywały skok na kasę. Mieli jednak czelność wytykać innym jakieś zapomogi.

- Ten skok na kasę był nielegalny?

- Legalny. Wybitny prawnik prof. Sołtysiński już zadbał o to, żeby wszystko odbyło się jak należy. Od strony moralnej było jednak inaczej. Akcje rozdawano w bardzo nierówny sposób, byli ci wpływowi, którzy zarobili grube miliony. Kiedy to skrytykowałem, stałem się wrogiem "Wyborczej".

- Oni tłumaczyli, że po prostu osiągnęli sukces rynkowy.

- Nie byłoby problemu, gdyby nie kilka spraw. Adam Michnik dostał tę gazetę jako gazetę opozycji, strasznie podlizując się Wałęsie. I później towarzystwo wokół niego się uwłaszczyło. A ta sama "Wyborcza" bardzo krytykowała SKOK za to, że senator Bierecki trzykrotnie spotykał się w z ludźmi z kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, lobbując za odpowiednimi rozwiązaniami w ustawie...

- Bo się spotykał.

- I ja Biereckiego krytykuję. Ciekaw jestem jednak, ile razy ludzie z Agory spotykali się z prezydentem Kwaśniewskim, kiedy ten przesłał do Trybunału zmianę przepisów podatkowych, która zwolniła m.in. posiadaczy akcji Agory z płacenia podatku. Doczekałem się polemiki Dominiki Wielowieyskiej, oczywiście bez prawa zamieszczenia mojej odpowiedzi.

- Czytałem. Red. Wielowieyska kończy polemikę w stylu "Wyborczej". Sugeruje, że jak Ryszard Bugaj będzie podskakiwał, to podadzą go do sądu jak Leppera.

- (śmiech) No tak, to jest ich wkład w sztukę dziennikarstwa. Niech pan też zwróci uwagę, że oni potrafią publikować dziś teksty, za które kilka lat temu nazwaliby kogoś szkodnikiem lub wrogiem przemian. O prawach pracowniczych, o prywatyzacjach. Oni jak w chińskim komunizmie kierują się "mądrością etapu". W różnych etapach ta mądrość może być inna. Nie tylko w ekonomii zwalczają dziś coś, co kilkanaście lat budowali i wspierali.

- W czym jeszcze?

- Ze zdziwieniem obserwuję stosunek "Wyborczej" do Kościoła. Kiedy religię do szkół wprowadzał premier Mazowiecki, to przecież nie było sprawy. Kiedy powstał konkordat, to był dobry, bo był dziełem Bronisława Geremka. Coś, co zrobił Geremek, nie miało prawa być złe! Kiedy my krytykowaliśmy to w Unii Pracy, to wieszali na nas psy (śmiech). Był jeszcze jeden zabieg, który mnie zniesmaczył.

- Jaki?

- Stefan Kisielewski przed laty opublikował tekst "Moje typy", który składał się tylko z nazwisk ludzi wysługujących się komunistycznej dyktaturze. I Adam Michnik powtórzył ten manewr. Wstawiając moje nazwisko obok ludzi, których nie lubi. Z którymi porównaniami się szczycę, jak Pawła Śpiewaka czy Pawła Zaremby, ale też np. prof. Ryszarda Bendera. Obrzydliwy zabieg. Moja odpowiedź też nie mogła się ukazać.

- Kisielewski nie przepadał za "Gazetą Wyborczą", choć po jego śmierci często jego nazwiskiem się podpierali. To częstsza praktyka. Robili tak ze Zbigniewem Herbertem, Gustawem Herlingiem-Grudzińskim...

- Odwrotnie niż z Geremkiem, którego konkordat krytykują dopiero po śmierci. Rzeczywiście Herbert i Herling-Grudziński nie znosili "Wyborczej" i Michnika, ale kiedy umarli, byli wykorzystywani na ich łamach, nie mogąc już tego zabronić. Przykre, ale taki jest urok "Wyborczej". Wielu wybitnym strach umierać, dopóki wychodzi "Wyborcza" (śmiech).

 

Zobacz: Opinie Super Expressu. Krystyna Skowrońska: Pensje posłów trzeciorzędne