Prof. Włodzimierz Gut: Świat się nie zawali, jak nie pojedziemy na święta

2020-11-22 22:25 ełem
Prof. Włodzimierz Gut: Chodzi o dobro nas wszystkich
Autor: Printscreen YouTube/Onet Prof. Włodzimierz Gut

Prof. Włodzimierz Gut w porywającej rozmowie z "Super Expressem" ocenia ostatnie pomysły i działania polskiego rządu w walce z pandemią koronawirusa. Czy ograniczenia na Święta Bożego Narodzenia to naprawdę konieczność?

Premier Morawiecki zapowiedział w sobotę "100 dni solidarności". I utrzymanie większości dotychczasowych obostrzeń. To dobra decyzja?

Prof. Włodzimierze Gut (68 l.), doradca szefa Głównego Inspektoratu Sanitarnego: Jestem zdania, że im ostrzej, tym lepiej. Bo celem jest utrzymanie jak najmniejszej mobilności społecznej. Mówiąc krótko, ludzie powinni jak najmniej spotykać się ze sobą, żeby nie roznosić zakażeń.

Restauratorzy i hotelarze, których biznesy praktycznie stoją, pewnie patrzą na to inaczej. Dlaczego rząd otwiera galerie handlowe a np. restauracje będą wciąż zamknięte?

Premier musi równoważyć wiele części gospodarki z interesem społecznym. To jest szukanie najlepszej drogi działania. Alternatywa dla tego, co ogłoszono w sobotę jest jedna.

Jaka?

Możemy zamknąć wszystkich na trzy miesiące w ich domach. Całkowicie. Ale wtedy połowa umrze z głodu, a połowa zwariuje. To nie jest najlepsza alternatywa z możliwych. Zamknięcie restauracji czy barów, ale z zachowaniem możliwości jedzenia na wynos czy z dojazdem jest formą wyciągnięcia ręki do branży. Co do wspomnianych hoteli, skoro teraz stoją w zasadzie puste, to mogą się wynajmować np. na izolatoria dla lżej chorych. Wie pan, co jest podstawowym celem tych obostrzeń?

Zmniejszenie mobilności ludzi. Czyli to, aby siedzieli w domach.

Dokładnie tak. Ilość zakażeń decyduje o zastosowanych środkach. A otwarcie hoteli, restauracji, siłowni i klubów fitness by tę mobilność zwiększyło. Ludzie zaczęliby znowu przesiadywać w restauracjach i barach. I znowu zaczęliby się zakażać. Wydaje się, że na razie wyhamowaliśmy największe przyrosty. Teraz musimy zrobić wszystko, żeby dzienna liczba zakażonych zaczęła spadać. Musimy wytrzymać aż zejdziemy do poziomu kontrolowalnego.

To znaczy jakiego?

Wiosną i latem mieliśmy po – okrągło licząc – 300 przypadków dziennie. Skoczyliśmy na ponad 25 tysięcy, niemal 30 tys. przypadków dziennie. Wróćmy do tego, co było latem i będziemy mogli mówić o jakiejś formie kontroli epidemii.

Bijemy za to smutne rekordy zgonów.

Jesteśmy na poziomie mniej więcej 600 dziennie. Będzie więcej. Za dwa – trzy tygodnie przyjdzie szczyt umieralności. Od zakażenia do ostatniej fazy, fazy śmiertelnej, mija 2-3 tygodnie właśnie. Innymi słowy, dziś obserwujemy zgony osób zakażonych jakiś czas temu. Jeszcze nie jesteśmy przed pikiem.

Mamy zatem jakikolwiek powód do optymizmu?

Mamy. Taki, że obostrzenia sprzed początku listopada zdają się przynosić skutek. Niestety wciąż bardzo wysokie jest prawdopodobieństwo spotkania osoby zakażonej. Poczekajmy do czwartku, piątku, może soboty. Jeśli będziemy mieli mniej- znacząco mniej – przypadków, niż w ubiegły czwartek i piątek, bo to są dni szczytowe, to będziemy mogli mówić o jakimś małym sukcesie.

"Przed nami okres świąt Bożego Narodzenia. Chcę zaapelować, żeby to były spotkania w małym gronie, wśród najbliższych, żeby nie przemieszczać się między miastami" – to słowa premiera Morawieckiego. Pojedziemy w tym roku na święta?

Świat się nie zawali, jeśli raz nie pojedziemy na święta. A co, jeśli złapiemy coś jadąc do domu i poczęstujemy tym krewnych? Ja proponuję samorozsądek. Jeśli już musimy jechać, np. aby pomóc samotnym, starszym rodzicom rodzicom, to przez okres sześciu dni przed wyjazdem zróbmy sobie samokwarantannę. A jeśli już pojedziemy, to zróbmy święta w naprawdę wąskim gronie, nie kolędując po wszystkich krewnych i sąsiadach.

Do tego czasu – na razie – potrwa też zdalne nauczanie.

Jest permanentny problem dzieci i młodzieży. Osoby młode często dobrze, faktycznie bezobjawowo, znoszą zakażenia ale roznoszą wirusa. Są więc, mówiąc żartobliwie, dwie drogi. Albo zamknąć dzieci w szkołach do nocy, albo kazać im uczyć się w domach. By nie spotykały się z innymi dziećmi. Ten wariant przyjęto – i dobrze.

Potem zaś dzieci będą miały coś na kształt "ferii" – od 4 do 17 stycznia potrwa przerwa w zajęciach w całym kraju.

Kiedyś ferie podzielono po to, aby wszyscy zdążyli wyjechać. A teraz wszyscy mają razem, solidarnie siedzieć w domach. To dobre rozwiązanie. I tak nie byłoby zresztą gdzie wyjechać, skoro hotele i ośrodki mogą być jeszcze zamknięte. Trudno. Trzeba się przemęczyć.

A kina? Muzea? Instytucje kultury? Też mają być zamknięte?

Tak. Tak powinno być. Mówiłem o tym wcześniej. Celem obostrzeń jest to, by ludzie jak najmniej się poruszali, by nie spotykali się ze sobą. I to się, na razie, na ten moment, wydaje sprawdzać. I bardzo dobrze. Niech więc tak zostanie.

Ale "odmrożone" zostaną galerie handlowe.

Od przyszłej soboty. Bardzo ostrożnie, z ogromnymi rygorami liczby osób na powierzchnię. Pełny reżim sanitarny. Wyobraża pan sobie, żeby dzieciaki nie dostały prezentów na święta? Nie skończyłoby się to najlepiej (śmiech)... Ale mam nadzieję, że ludzie zachowają rozsądek. Coś zaczęło do nich trafiać, widać to na przykład po maseczkach. Jeszcze trochę nam brakuje do optymalnego poziomu 95 proc. Populacji noszącej maseczki ale jest na pewno dużo lepiej, niż wyglądało to wiosna i latem, kiedy noszeniem maseczek ludzie nie chcieli się przejmować.

Minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiedział za to masowe testy przesiewowe.

Tak, w trzech województwach: śląskim, małopolskim i podkarpackim. W dwóch pierwszych wyniki nowych zakażeń w ostatnich dniach i tygodniach były bardzo wysokie.

Jaki jest cel takiego działania?

Weryfikacja systemu nadzoru nad chorobą. Testy przesiewowe, testy w ogóle robi się nie w celu ograniczenia choroby a zbadania dynamiki rozwoju epidemii na liczbę chorych.

Jak Pan zatem ocenia przedstawione rozwiązania?

Ktoś powie, że można było zrobić więcej, a inny – że zrobiono wszystko, co można. Prawda leży pośrodku. Do świąt został miesiąc. Uważam, że premier zachował czas na weryfikację wyników i możliwość zmiany reakcji. Nie mamy czasowej alternatywy, bo epidemia dzieje się tu i teraz, na naszych oczach. Jeśli przyniosą one skutek, to będzie można można odrobinę poluzować obostrzenia. Daliśmy sobie miesiąc na ewentualne korekty.

I musimy czekać na szczepionkę?

Szczepionka będzie wtedy, kiedy będzie.

Może już za sto dni.

Jeśli nie, to się najwyżej ten okres przedłuży.

Morawiecki wprowadził nowe obostrzenia
Najnowsze