Prof. Wolfgang Merkel: Unia nie powinna zmuszać Polski do przyjmowania uchodźców

2015-09-17 4:00 Rozmawiał Tomasz Walczak
PROFESOR WOLFGANG MERKEL
Autor: Andrzej Lange PROFESOR WOLFGANG MERKEL

Prof. Wolfgang Merkel w rozmowie z "Super Expressem": Napływ uchodźców to w Niemczech oczywiście temat numer jeden, ale dyskusja wokół tego wygląda jednak mniej histerycznie niż w innych krajach Unii. Co ciekawe, niemiecka prawica nie wyrażała aż tak bardzo swojego sceptycyzmu, a głosy przeciwko napływowi uchodźców nie przebijały się w publicznym dyskursie. Oczywiście trochę się to zmieniło po decyzji rządu o przywróceniu kontroli na granicy z Austrią.

"Super Express": - W Polsce panuje przekonanie, że fala uchodźców, która napływa do Europy, to koniec świata, jaki znamy, i Unia pod tym ciężarem się załamie. Nie brak głosów, że muzułmanie przyniosą jej zniszczenie. W Niemczech też schyłkowe nastroje?

Prof. Wolfgang Merkel: - Napływ uchodźców to w Niemczech oczywiście temat numer jeden, ale dyskusja wokół tego wygląda jednak mniej histerycznie niż w innych krajach Unii. Co ciekawe, niemiecka prawica nie wyrażała aż tak bardzo swojego sceptycyzmu, a głosy przeciwko napływowi uchodźców nie przebijały się w publicznym dyskursie. Oczywiście trochę się to zmieniło po decyzji rządu o przywróceniu kontroli na granicy z Austrią.

- Jakie są nastroje, jeśli chodzi o podejście do tematu krajów z Europy Wschodniej?

- Wśród Niemców narasta gniew na Unię. Krytyka jednak nie jest kierowana pod adresem krajów Europy Środkowej, które mają sceptyczny stosunek do przyjmowania uchodźców. Bardziej pod adresem Brukseli.

- W Polsce, i zapewne w innych krajach naszej części Europy, krytycyzm wobec Unii opiera się na przeświadczeniu, że Bruksela i Berlin próbują nam narzucać liczbę uchodźców i trzeba się przed tym dyktatem bronić.

- W samych Niemczech nie brak opinii, że przyjęliśmy nowe kraje do Unii, daliśmy im pieniądze na rozwój, a teraz kiedy mamy kryzys, powinny wziąć na siebie część odpowiedzialności za jego rozwiązanie. Sam należę jednak do tych, którzy patrzą na to inaczej.

- W jaki sposób?

- Kraje takie jak Polska, Czechy czy Węgry dopiero niedawno, po upadku bloku sowieckiego, odzyskały suwerenność i możliwość kształtowania tożsamości narodowej. Nie mają takiego doświadczenia jak kraje tzw. starej Unii w funkcjonowaniu otwartych granic i społeczeństwa wielokulturowego. Nie można mechanicznie, opierając się na liczbie ludności czy PKB, decydować, ilu uchodźców ma do tych krajów trafić. Trzeba brać pod uwagę specyficzną sytuację historyczną tych państw.

- Szef europarlamentu Martin Schulz grzmiał, że jeśli kraje naszej części Europy dobrowolnie nie wezmą do siebie uchodźców, to Bruksela powinna je do tego zmusić.

- To bardzo zły dobór słów i zły sposób na rozwiązywanie problemów. Unia jest wspólnotą, ale wspólnotą suwerennych państw. Kształtują one swoją politykę w oparciu o zgodę większości swoich obywateli. Nawet jeśli ta polityka może nam się nie podobać, to jest to dużo bardziej demokratyczne niż decyzje narzucane przez unijnych biurokratów! Jeśli Bruksela zdecyduje się coś wymuszać, będzie to miało fatalne skutki dla legitymizacji UE w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Dyktat nie wchodzi więc w grę. Unijni urzędnicy chyba nie rozumieją, że społeczeństwa europejskie mają prawo do decydowania, co robić.

- Demokracja ponad solidarność?

- Oczywiście musi być też poświęcenie na rzecz wspólnoty. Ale nie wymuszane! Trzeba przekonywać, że nie rozwiązujemy kryzysu z uchodźcami w imieniu jednego kraju, ale w imieniu całej Unii, bo to problem nas wszystkich.Musimy też pamiętać, że my, Zachód, jesteśmy odpowiedzialni za to, że ci ludzie uciekają ze swoich krajów.

- W jaki sposób?

- Syria, Irak czy Libia, z których do Europy uciekają dziś uchodźcy, to państwa upadłe. I nie upadły same, ale pod wpływem interwencji krajów Zachodu. Londyn i Paryż są odpowiedzialne za to, co wydarzyło się w Libii. Mieli swoje powody, żeby bombami obalić Kaddafiego. Ale przy okazji zniszczyli to państwo. A kto zniszczył państwo w Iraku? Zachód. Głównie USA.

- Uprzejmie nie wspomina pan Polski, która ochoczo ruszyła do Iraku, miała swoją strefę okupacyjną, a nawet swojego "wicekróla" Marka Belkę...

- Rzeczywiście, była tam też Polska. Można wymieniać dalej. Kto dostarczał broń walczącym z Asadem w Syrii i nie przewidział, że może to doprowadzić do permanentnej wojny domowej? Nie możemy powiedzieć, że po prostu coś się w tych krajach wydarzyło. Musimy pamiętać, że w pewnym sensie za to odpowiadamy i dlatego nie możemy odwrócić od tego wzroku, ale zmierzyć się z konsekwencjami naszych działań.

- To zmierzenie się z problemem zakłada przyjęcie wszystkich uchodźców przez Europę?

- Oczywiście nie. Nie da się też od tak przywrócić państwowości wszystkim krajom, o których mówiliśmy. Można doprowadzić do ich upadku z dnia na dzień, ale odbudowa trwa lata, a nawet dekady. Najważniejsze pytanie na teraz to, ilu uchodźców możemy przyjąć i zintegrować.

- W Polsce usłyszy pan, że żadnego, bo muzułmanie mają w DNA zapisane, że naszych europejskich wartości nie przyjmują.

- Moim zdaniem to nieprawda. Niemcy nie są może liderem integracji społeczności muzułmańskiej, ale nie brakuje nam sukcesów. To dowód, że integracja jest możliwa. Aby się udała, nie można wszystkiego zrzucić na uchodźców. Muszą chcieć obie strony, także my.

- Co Europejczycy mogą zrobić?

- Muszą zrozumieć jedno - w globalnym świecie XXI w. nie da się zachować jednolitości narodowej i religijnej. Także kraje Europy Środkowo-Wschodniej muszą zdawać sobie z tego sprawę, bo ten proces ich nie ominie. Oczywiście można próbować zamykać swoje granice, jak Korea Północna, ale kto byłby z tego zadowolony? Zresztą i wtedy byłaby to walka, której nie da się wygrać. Dlatego musimy przygotować na to nasze społeczeństwa. Oczywiście musimy też wymagać pewnych rzeczy od napływających do Europy ludzi.

- Konkretnie, wymagać czego?

- By przejęli nie tylko nasze prawa, ale i wartości, na których zbudowana jest Europa. Najważniejszą w wielokulturowych krajach jest tolerancja. Oznacza m.in. akceptację dla sekularyzacji, przekonanie o równych prawach kobiet i mężczyzn.

- Wielu powie, że to coś zupełnie obcego kulturze islamu...

- Cóż, katolicyzm też nie zawsze uznawał równość płci. Jeszcze w XIX w. kobiety były uważane za gorsze od mężczyzn. A jednak udało się to myślenie zmienić. Takie rzeczy nie są zapisane w DNA wyznawców konkretnej religii. Ostrożnie też cytowałbym fragmenty Koranu, w których zapisane są wezwania do walki z niewiernymi. Jak dobrze poszukać w Biblii, można znaleźć równie wojownicze ustępy.

- Te fragmenty współbrzmią dziś jednak z informacjami płynącymi z mediów.

- Głosy, że islam z definicji jest religią fundamentalistów, są absurdalne. Ten fundamentalizm jest stosunkowo młody, od rewolucji ajatollahów w Iranie. Wśród 1,6 mld muzułmanów na świecie to raczej margines niż mainstream. Dobrze to widać po uchodźcach z Syrii.

- Wielu ludzi postrzega ich wprost jako urodzonych morderców i genetycznych prześladowców chrześcijan.

- Ja widzę w nich zsekularyzowaną klasę średnią reżimu Asada. To lekarze, prawnicy, inżynierowie, nauczyciele. Ludzie, którzy łatwo mogą zintegrować się z naszymi społeczeństwami. Oczywiście przy tej skali, którą dziś widzimy, nie będzie to łatwe. Ale nie mamy wyboru i musimy tę integrację prowadzić. Tylko fundamentalistów religijnych nie da się zintegrować. Ale dla nich w ogóle nie powinno być miejsca w Europie i nie powinniśmy w tej sprawie zawierać żadnych kompromisów.

Sprawdź: Ziobro MUSZTRUJE Olejnik po wpadce