Rafał Trzaskowski: Nie chcemy wojny, ale otoczenie prezydenta jest nieprofesjonalne

2015-08-27 4:00 Rozmawiał Tomasz Walczak
Rafał Trzaskowski
Autor: Andrzej Lange Rafał Trzaskowski

W polityce zagranicznej jest tak, że zanim ogłosi się jakąś inicjatywę, należy ją wcześniej uzgodnić. W tym wypadku z Ukrainą, Francją i Niemcami, które uczestniczą razem z Rosją w formacie normandzkim. Dopiero po takich konsultacjach ogłasza się swoje pomysły. Inaczej podważa się wiarygodność naszej polityki zagranicznej, a przede wszystkim jej skuteczność, mówi w rozmowie z "Super Epressem" polityk PO Rafał Trzaskowski.

"Super Express": - Prezydent ogłosił, że chciałby zreformować format grupy normandzkiej negocjującej pokój na Ukrainie. Ta zapowiedź spotkała się jednak ze stanowczą odpowiedzią Petra Poroszenki, który uznał, że nie ma takiej potrzeby. Należy to uznać za policzek dla Polski?

Rafał Trzaskowski: - Najważniejsze w tej sprawie jest to, by polska polityka zagraniczna w tak istotnych sprawach była koordynowana.

- Tu koordynacji zabrakło?

- Tak. Pan prezydent zgłasza bowiem inicjatywy, na które nie jest dobry czas i które nie są przygotowywane w uzgodnieniu z naszymi partnerami zagranicznymi. W polityce zagranicznej jest tak, że zanim ogłosi się jakąś inicjatywę, należy ją wcześniej uzgodnić. W tym wypadku z Ukrainą, Francją i Niemcami, które uczestniczą razem z Rosją w formacie normandzkim. Dopiero po takich konsultacjach ogłasza się swoje pomysły. Inaczej podważa się wiarygodność naszej polityki zagranicznej, a przede wszystkim jej skuteczność.

- Zarzuca pan prezydentowi, że podważa naszą wiarygodność na arenie międzynarodowej?

- Nie chcę krytykować pana prezydenta. Chciałbym po prostu zwrócić uwagę na kwestię koordynacji. Premier Kopacz od kilku tygodni prosi prezydenta Dudę o zwołanie Rady Gabinetowej, by przedyskutować stanowisko polskiego rządu i prezydenta w wielu istotnych dla państwa kwestiach. W obszarze polityki zagranicznej jest to szczególnie ważne, bo według konstytucji to rząd prowadzi politykę zagraniczną, a prezydent pełni tu rolę pomocniczą i współdziała z rządem.

- Prawica powie, że znów zaczynacie podobną wojnę, jaką prowadziliście z Lechem Kaczyńskim. Znów podważacie głos ośrodka prezydenckiego.

- Nikt nie chce zaczynać jakiejkolwiek wojny. Chodzi wyłącznie o to, żeby trzymać się zapisów konstytucji, które stanowią, że prezydent prowadzi swoją aktywność międzynarodową we współpracy z rządem. Chcemy po prostu uniknąć sytuacji dwugłosu polskiej dyplomacji, bo to szkodzi polskiej racji stanu. Tymczasem przeglądając media, odnoszę wrażenie, że to opozycja próbuje podgrzewać atmosferę, wywołując sztuczny konflikt.

- Jak to?

- Wystarczy posłuchać posła Kuźmiuka, który mówi, że rząd wchodzi na ścieżkę, która doprowadziła nas do Smoleńska. To jakaś obsesja. Kiedy my mówimy o potrzebie koordynacji, przywołując przy tym konstytucyjne zapisy, słyszymy, że szykujemy drugi Smoleńsk. To zarzut najcięższego kalibru, kompletnie niezrozumiały i niepotrzebny w dostatecznie już gorącym okresie wyborczym. Do tego dochodzą słowa Witolda Waszczykowskiego, który zarzuca nam, że umawiając się na spotkanie z premierem Jaceniukiem - na jego zresztą prośbę - próbujemy konkurować z prezydentem, otwierając drugi, konkurencyjny kanał komunikacji z naszymi ukraińskimi partnerami. Przecież to absurd, współpraca międzyrządowa pomiędzy Polską a Ukrainą była, jest i będzie, a nasze intensywne kontakty zarówno z premierem Jaceniukiem, jak i prezydentem Poroszenką trwają już od dawna. Nam chodzi tylko o to, by w tych sprawach prezydent się z rządem konsultował.

- Słowa ministra Schetyny, który wypowiedź prezydenta uznał za nieszczęśliwą i niezręczną, nie wyglądają na wezwanie do dialogu. To raczej dolewanie oliwy do ognia.

- Rozumiem pewną irytację Grzegorza Schetyny. Mówiliśmy przecież jasno, że to nie jest dobry okres na zgłaszanie nowych inicjatyw.

- Tyle że to, o czym mówił prezydent, mówił też swego czasu minister Schetyna.

- Minister Schetyna mówił o potrzebie uczestniczenia w rozmowach pokojowych Unii Europejskiej jako całości w momencie, kiedy konstytuował się format normandzki. Zgłaszanie nowych pomysłów nie wygląda dobrze teraz, kiedy trwa trudny proces wcielania w życie postanowień z Mińska. Nie są one doskonałe, często są wręcz łamane, ale jednak doprowadziły do przerwania ciężkich walk i rozlewu krwi na wielką skalę. Wygląda to bowiem tak, jak byśmy dezawuowali wysiłki naszych partnerów, którzy próbują negocjować z Rosją.

- Rozumiem, że prezydent chciałby, żeby Polska wiedziała z pierwszej ręki o tym, co się w czasie tych negocjacji dzieje. Stąd jego inicjatywa.

- Mogę zapewnić, że jesteśmy bardzo dobrze poinformowani o tym, co się dzieje w ramach tych rozmów i sprawy te są z nami konsultowane. Nie pod okiem kamer, bo tym charakteryzuje się dyplomacja, że woli zacisze gabinetów. Co więcej, najważniejsze decyzje odnośnie do sankcji na Rosję czy pomocy Ukrainie zapadają w ramach UE przy naszym pełnym udziale. Tu Polska odgrywa ważną rolę, bo podtrzymanie poparcia 28 państw członkowskich dla polityki sankcji wymaga od nas dużego wysiłku dyplomatycznego. Wracając do ministra Schetyny, to rozmawiał on na ten temat osobiście z panem prezydentem i był poirytowany brakiem profesjonalizmu otoczenia Andrzeja Dudy. Jeszcze raz powtórzę - nie chodziło o dezawuowanie polityki prezydenta, ale uznanie zapisów konstytucji i koordynację działań. Nikt nie chce wymiany absurdalnych oskarżeń.

- Zostawiając już tę wojenkę - Polska chciałaby zmienić formułę formatu normandzkiego?

- Nasze stanowisko jest jasne. Pod koniec roku ma dojść do ostatecznego testu dla porozumień mińskich, bo wtedy kontrola nad granicą ma być przekazana stronie ukraińskiej. Będzie to czas na dokonanie ocen i ewentualnej zmiany, szczególnie takiej, która angażowałaby w ten proces w większym stopniu Unię Europejską.

Czytaj: Leszek Miller: Drwiny z biedy

Najnowsze