Tomasz Siemoniak o sprawie Banasia: Bali się go skontrolować

2019-12-02 7:26 Tomasz Walczak
Siemoniak
Autor: Super Express TV

"Po prostu nie został skontrolowany, bo uznano go za swojego towarzysza i nikomu do głowy nie przyszło, by odważyć się go sprawdzić. Do tego stopnia zlekceważono procedury, że powołano go na szefa NIK" - mówi w rozmowie z "Super Expressem" wiceszef PO, Tomasz Siemoniak.

„Super Express”: - Marian Banaś uparcie trwa na stanowisku szefa NIK. Premier mówi o „planie B”, który ma go usunąć ze stanowiska. PiS z wami o tym planie rozmawiał?
Tomasz Siemoniak: - Ten plan, który został zarysowany, a zakłada zmianę konstytucji, by stworzyć furtkę do odwołania Banasia, jest zwyczajnie absurdalny. Dziś najważniejsze jest to, żeby PiS rozliczył się z tego, jak to było możliwe, że ktoś, co do kogo od grudnia ubiegłego roku były formułowane wątpliwości, a od wiosny CBA prowadziło wobec niego postępowanie, został najpierw ministrem finansów, a potem szefem NIK. I kto jest za to odpowiedzialny.
- Wersje są dwie: albo zawiodły służby, bo Banasia niewystarczająco prześwietliły, albo ktoś przymknął na ich ustalenia oko. Pana zdaniem, która jest bardziej prawdopodobna?
- Jeżeli pod koniec zeszłego roku Izabela Leszczyna składa w tej sprawie publiczną interpelację, a od wiosny zajmowało się nią CBA, to nie potrzeba wiele, żeby dostrzec, że dochody z kamienicy w oświadczeniu majątkowym pana Banasia są zaniżone. Przecież ktoś, wokół kogo są takie wątpliwości, nie miał prawa zostać, ani ministrem finansów, ani tym bardziej szefem NIK. Ale został. A to oznacza, że wszystkie ruchy dotyczące jego prześwietlenia przez służby były pozorne. Dopiero, kiedy media zajęły się majątkiem Mariana Banasia, coś się zaczęło dziać i skontrolowano go dopiero teraz.
- Pana zdaniem, nikt tak naprawdę Banasia nie prześwietlił, kiedy trzeba było to zrobić?
- Gdyby ktoś osobę pana Banasia prześwietlił, ciąg dalszy tej historii byłby zupełnie inny. Wszystko wskazuje na to, że po prostu wątpliwości wokół niego nie zbadano, a przede wszystkim jak w wielu innych sprawa w PiS wyszli z założenia, że to się po prostu nie wyda. Dlatego uważam, że oczekiwanie od opozycji, iż pomoże zmienić konstytucję, by się Banasia pozbyć jest absurdalne. Kluczowe jest teraz, by zbadać, kto za to wszystko jest odpowiedzialny.
- Wiceprezes PiS Adam Lipiński jako odpowiedzialnych za zaistniałą sytuację wskazał służby.
- Służby mają jednak swoich nadzorców politycznych. Jest minister, który jest za nie odpowiedzialny i który był odbiorcą wspomnianej interpelacji z zeszłego roku. Wszystko wiedział. Nie jest tak, że jakiś szeregowy funkcjonariusz badał rutynowo oświadczenia majątkowe Banasia. Od grudnia 2018 r., a już na pewno od wiosny tego roku sprawa była głośna i obciąża koordynatora służb. Już nie wspominam nawet o ABW i wydawanego przez nią poświadczeniu bezpieczeństwa, gdzie też wszystkie rzeczy są drobiazgowo badane przy dopuszczaniu do informacji niejawnych. To bardzo skrupulatne, wielotygodniowe postępowanie. Niesłychane, że z takim bagażem mógł przez to sito przejść.
- Ale przeszedł.
- Co to oznacza? Że po prostu nie został skontrolowany, bo uznano go za swojego towarzysza i nikomu do głowy nie przyszło, by odważyć się go sprawdzić. Do tego stopnia zlekceważono procedury, że powołano go na szefa NIK.
- Wracając do początku naszej rozmowy: jak PiS teraz z tego wybrnie, skoro wy konstytucji z nimi zmieniać nie chcecie?
- Nie wierzę, że jest jakiś rozdźwięk między PiS a Banasiem. Sądzę, że to wszystko jest jakoś ustawione. Albo prędzej czy później poda się do dymisji, albo zostanie w swojej roli szefa NIK ubezwłasnowolniony choćby poprzez odebranie certyfikatu bezpieczeństwa. W obu wypadkach, władzę w NIK przejmą świeżo powołani wiceprezesi Izby. Na pewno PiS nie pozwoli, by wybrać nowego prezesa i jeśli Banaś odejdzie, będzie ten proces przedłużać w nieskończoność.
Rozmawiał Tomasz Walczak

Jakiej Polski chce lewica? Obejrzyj wywiad z posłem Maciejem Gdulą w programie "Twarzą w Twarz"

Najnowsze