Tomasz Walczak o pensji minimalnej: Kaczyński ma rację (choć nie do końca)

2019-09-20 5:55 Tomasz Walczak
Tomasz Walczak
Autor: Piotr Grzybowski Tomasz Walczak

Radykalny wzrost płacy minimalnej to jeden z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów PiS, z którymi rządzący idą do wyborów parlamentarnych. Choć można się zastanawiać, czy 3000 zł pensji minimalnej do końca przyszłego roku i 4000 zł do końca roku 2023 nie odbije się czkawką gospodarce, to wyłożone przez Jarosława Kaczyńskiego argumenty za jej podnoszeniem są bardzo sensowe.

Prezes PiS w swojej argumentacji odwołuje się nie tylko do racji moralnych – że państwo powinno chronić ludzi z dołów tabeli płac. Wprowadza także wielokrotnie podnoszony przez ekonomistów argument, że wysokie płace wymuszają innowacje, które – jak uczy już ponad 200-letnia historia kapitalizmu – są wehikułem zdrowego rozwoju gospodarczego i idącego za nim dobrobytu. Jak to działa?

Kapitalizm to system, którego treścią jest dążenie do maksymalizacji zysków i minimalizacji kosztów. Po stronie kosztów płaca pracowników to ta zmienna, którą najłatwiej ograniczyć – nie wymaga bowiem poszukiwania choćby tańszych sposobów produkcji. Wyższe pensje, regulowane przez państwo, nie pozwalają szukać oszczędności kosztem pracowników. Przedsiębiorca zmuszony jest więc wprowadzać innowacyjne rozwiązania, które pozwalają ograniczyć koszty w innych obszarach. Jest więc to impuls rozwojowy.

Wystarczy zresztą przypomnieć sobie historię. Podczas, gdy pod koniec XVII w. Zachód wobec braku dostępności siły roboczej i przymusu ponoszenia kosztów zatrudnienia budował u siebie kapitalizm, Polska, w której kwitła pańszczyzna i niewolniczy system pracy, dumnie trwała w w przestarzałym feudalizmie. Zachód budował przemysł, my dalej żyliśmy z eksportu żywności. Tak narodziła się przepaść rozwojowa między naszym krajem, a bogatymi państwami Zachodu.

Tyle jeśli chodzi o teorię. A teraz praktyka. PiS forsownym podnoszeniem płacy minimalnej chce wymusić rewolucję innowacyjną w polskiej gospodarce. Problem z tym myśleniem polega jednak na tym, że rządzący zdają się ignorować przeszkody, które staną na drodze tej rewolucji. Główną z nich jest struktura polskiej gospodarki, w której dominują małe i średnie przedsiębiorstwa. Stanowią 99,8 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce, odpowiadają za prawie 50 proc. polskiego PKB i zatrudniają 10 mln Polaków. A one z wielu względów nie mogą być motorem innowacji. Często ich wielkość i dochody sprawiają, że w ogóle nie inwestują w badania i rozwój, a więc nie są innowacyjne. Tym bardziej że większość z nich działa w sektorze usług, który na innowacje jest bardzo odporny.

Czemu to wszystko piszę? By uzmysłowić, że gwałtowny wzrost pensji minimalnej wbrew temu, co mówi Jarosław Kaczyński, ma niewielkie szanse, by zadziałać w Polsce jako impuls rozwojowy. Daje za to niewiele czasu mniejszym przedsiębiorcom na dostosowanie się do zmieniających się dynamicznie warunków. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że znacząca część małych przedsiębiorców działa na granicy opłacalności, może się okazać, że po prostu będą musieli zamknąć swoje biznesy.

Być może wyeliminowanie z rynkowej gry słabo radzących sobie firm i przedsiębiorców byłoby z korzyścią dla polskiej gospodarki, bo stworzyłoby miejsce dla rozwoju innym firmom. Ale mówimy o polityce. Po wyborach pewnie dotrze do PiS, że jego pomysłów nie da się ot tak wprowadzić w życie i zapowiadana rewolucja płacowa zostanie ograniczona. Politycy będą się po prostu bali, by nie zrazić do siebie klasy średniej, która wbrew przekonaniu wielu jest istotnym składnikiem elektoratu PiS i dla której dbanie o interesy przedsiębiorców jest ważnym elementem jej etosu.