Agatkę uratowała antena

2007-11-27 20:59

Szok! Dwoje małych dzieci pozostawionych bez opieki wypadło z okna mieszkania na siódmym piętrze jednego z wrocławskich wieżowców. Czteroletni Mateuszek zginął na miejscu.

Jego siostra, siedmioletnia Agatka, żyje. Ma jedynie złamaną rękę. Uratowała ją antena satelitarna, od której dziewczynka odbiła się, lecąc na ziemię.

Andżelika Banaszak, mieszkanka ulicy Inowrocławskiej, tuż po godzinie 12 podjeżdżała samochodem pod dom, w którym doszło do tragedii. Kobieta wysiadała z pojazdu, gdy dokładnie na wprost zobaczyła leżące koło budynku maluchy. Agatka i Mateusz dosłownie kilka sekund wcześniej wypadli z okna swojego mieszkania na siódmym piętrze.

Spadła na antenę

- Chłopczyk jakby się jeszcze ruszał, ale miał zamknięte oczy. A dziewczynka była przytomna. Jeszcze powiedziała, że brat ją wypchnął - opowiada wstrząśnięta kobieta. I dodaje: - Spojrzałam w górę i zobaczyłam zniszczoną antenę satelitarną na trzecim piętrze. To pewnie dzięki niej dziewczynka przeżyła - domyśla się pani Andżelika.

Na miejscu natychmiast zjawiło się pogotowie. Niestety, Mateuszka nie udało się uratować. Zmarł na miejscu. Agatka została przewieziona na oddział intensywnej terapii.

- Jest przytomna. Jej stan jest stabilny, ale wciąż ją obserwujemy - mówi Jan Godziński, ordynator oddziału chirurgii dziecięcej w Szpitalu im. Marciniaka we Wrocławiu.

Nikt ich nie pilnował

Natychmiast po wypadku na siódme piętro wieżowca wbiegli policjanci. Jakie było ich zdziwienie, gdy okazało się, że w domu nikogo nie ma!

- Okazało się, że ojciec jest w pracy, a matka poszła na zakupy i bez opieki zostawiła dwoje małych dzieci - wyjaśnia Artur Staniszewski z dolnośląskiej policji.

Do pana Tadeusza, ojca dzieci, który prowadzi sklep odzieżowy, zadzwonił sąsiad.

- On o niczym nie wiedział. Nie chciał uwierzyć, gdy mówiłem mu, co się stało i że zaraz musi przyjechać - opowiada poruszony sąsiad Piotr Zieliński.

Gdzie jest ich mama?

Choć matka Agatki i Mateuszka na zakupy wyszła przed południem, to do wieczora nie zjawiła się w domu.

- Nie ma jej u znajomych, cały czas jej szukamy - mówią policjanci.

Kobieta nie pracowała, zajmowała się synkiem i córeczką.

- To niesamowite, przecież te dzieci były zawsze tak pilnowane. Gdy rodzice wychodzili, była z nimi babcia - mówi Zieliński. Wszyscy sąsiedzi twierdzą, że to porządna rodzina.

- Nigdy żadnych hałasów, dzieci chodziły spać zawsze o godz. 21 - mówi Jadwiga Kozłowska, najbliższa sąsiadka. - Rozkoszne dzieciaki - wzdychają sąsiedzi, nie mogąc pojąć, jak mogło dojść do takiego nieszczęścia.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki