Za nami kolejny sezon Kia Platinum Cup. Osiemnaście sesji kwalifikacyjnych, dwanaście zaciętych wyścigów i sześć rund, wyłoniło mistrza Polski Kia Platinum Cup. Walka nie była łatwa, a zawodnicy zaciekle walczyli o miejsca na podium.
Sezon 2018
Sezon rozpoczął się na węgierskim Hungaroringu. Następnie kierowcy rywalizowali na Red Bull Ringu w Austrii, podczas „domowej” rundy w Poznaniu, na Slovakiaringu i czeskim Autodromie Most. Ostatnia runda zamykająca sezon i mająca wyłonić najlepszego kierowcę pucharu, odbyła się na belgijskim Circuit Zolder. Mistrzem Polski został Konrad Wróbel. Powracający do startów zawodnik zdominował rywalizację i jako pierwszy w historii mistrzostw Polski Kia Picanto, każdy wyścig sezonu zakończył na podium. Wygrał aż pięć z nich i zgromadził o prawie sto punktów więcej od wicemistrza Polski.
„Zostałem mistrzem Polski Kia Platinum Cup. Mogłoby się wydawać, że ten rok był dla mnie łatwy, ale z pewnością tak nie było. Każdy wyścig wymagał maksymalnego skupienia i perfekcyjnego przygotowania, by walczyć o jak najlepsze wyniki. Fakt, że jako pierwszy w historii stawałem na podium każdego z wyścigów pokazuje, jak dobrze pracowałem w tym roku i jak świetnie spisał się mój zespół, któremu bardzo mocno dziękuję”
– mówił Wróbel.
Wicemistrzem Polski został Filip Tokar, który – podobnie jak Wróbel – powrócił do wyścigowego Picanto po dłuższej przerwie. Pięć wizyt na podium oraz dwa zwycięstwa pozwoliły na wywalczenie drugiego miejsca. Podium sezonu 2018 zamknął Lukas Keil. Niemiec, który w tym roku kontynuował swoją przygodę z Kią Picanto, sześć razy stawał na wyścigowym podium i zapisał na swoje konto jedyny w tym roku deszczowy wyścig na torze w czeskim Moście.
i
Wyścig oczami kibica
Obserwowanie wyścigu to niesamowite przeżycie. Gdy gromadziłam informacje o Kia Platinum Cup wydawało mi się, że całe przedsięwzięcie będzie „niewinnym ściganiem się”. Przecież to malutkie Picanto, a większość kierowców ma po kilkanaście lat! Gdy rozpoczął się pierwszy trening, moja szczęka z plaskiem opadła na podłogę. Te „dzieciaki” ruszyły z piskiem opon i dosłownie "rzuciły się" w pierwszy wiraż. Rywalizacja była tak zacięta, że obecne na trybunach matki nerwowo obgryzały paznokcie widząc jak ich dzieci zderzają się (!) ze sobą na pierwszym zakręcie walcząc o prowadzenie.
i
Może się wydawać, że wyścigi samochodowe nie są sportem kontaktowym. Otóż są. Szczególnie przy pierwszych kilku wirażach, zanim zawodnicy „rozciągną” się na dłuższym odcinku, wszyscy naraz rzucają się w pierwszy zakręt. Przepychanki wyglądają groźnie i niejednokrotnie ktoś spotka się ze żwirem wokół toru. Dopiero po pewnym czasie wszystko się "uspokaja", a zawodnicy dzielą się na kilkuosobowe grupki, rywalizujące między sobą. Wówczas jednak bardzo łatwo o błąd.
i
Pikantne Picanto
Podczas przerwy między treningami, udało mi się zakraść do namiotu serwisowego zespołu Kia. W role kierowców wcieliło się dwóch dziennikarzy, którzy pojechali w „VIP-owskich” autach o numerach 98 i 99.
Musze przyznać, że takiego Picanto jeszcze nie widziałam. We wnętrzu poza deską rozdzielczą (a i tak w bardzo skromnym wydaniu) i pojedynczym kubełkowym fotelem nie znajdziemy... nic. Kierowca otoczony jest z niemal wszystkich stron klatką bezpieczeństwa wykonaną z rur. Choć wydaje się bardzo masywna, waży zaledwie 58 kilogramów. Do tego sportowa zamszowa kierownica, a w bocznej szybie specjalna siatka, chroniąca kierowcę w razie wypadku. Muszę przyznać, że wyścigowe Picanto, choć nadal małe i na swój sposób urocze, dało mi się poznać z zupełnie innej perspektywy.
i
Kierowcy też mają swoich bohaterów
Podczas wyścigu pierwsze skrzypce grają kierowcy i ich samochody. Jednak jest grupa ludzi, bez których nic by się nie udało. Mowa o mechanikach. Na własne oczy widziałam, jak w ciągu zaledwie kilku godzin naprawili samochód po groźnie wyglądającym dachowaniu. Kolejnego dnia dach biało-czerwonego Picanto wyglądał jak skórka pomarańczy po przejściach, ale sędziowie zgodnie dopuścili kierowcę z jego pokiereszowanym Picanto do dalszego wyścigu. Mechanicy to dosłownie czarodzieje, którzy zamiast różdżek mają klucze francuskie i pod osłoną nocy są w stanie niemal zbudować auto od nowa.
i
Weekend na belgijskim torze Zolder minął szybko jak pstryknięcie palcami. Jedno jest pewne – trudno podrobić wspaniałą atmosferę panującą na torze. Bądź co bądź większość z zawodników to dzieciaki, więc nieprzyjemne sytuacje wynikające z „wyścigu szczurów” czy niezdrowej rywalizacji są rzadkością. Wręcz przeciwnie.
Podczas jednej z rund pewien zawodnik miał groźny wypadek. Jego auto koziołkowało. Choć kierowcy nic się nie stało, przednia szyba była doszczętnie zniszczona. Niestety zespół nie dysponował drugim egzemplarzem. Z pomocą przyszedł... kolega z konkurencyjnego teamu. Oddał mu swoją, argumentując, że „jeśli on będzie potrzebował, to na pewno ktoś mu pożyczy”. Powiedzcie sami – w jakim innym wyścigu zawodnik będzie pomagał rywalowi, sam ryzykując swoje „być albo nie być”? Jedno jest pewne – atmosferę Kia Platinum Cup pokocha każdy, a ja z pewnością tam jeszcze wrócę.