Wśród nich jest Leszek Ruta (56 l.), dyrektor Zarządu Transportu Miejskiego, który w poniedziałek rano osobiście przyjechał sprawdzić, jak spisuje się nowa organizacja. Pan dyrektor zjechał na stację Ratusz i ocenił sytuację. Najwyraźniej musi być wielkim optymistą, bo poranną gehennę pasażerów skwitował jednym zdaniem: - Nie jest źle!
- Wcale nie jest to dobrze zorganizowane - narzekała wczoraj jednak Martyna Baranowska (20 l.), która ze stacji metra Wilanowska próbowała się rano dostać na plac Bankowy. - Najgorsze są te przesiadki, na których traci się czas. Mam nadzieję, że zdążę na spotkanie - dodała już w biegu. Na wąskiej stacji Ratusz Arsenał wyjście na powierzchnię zajmowało ok. pięciu minut, bo taki panował tłok. Potem pasażerów czekało kolejne wyzwanie - znaleźć odpowiedni tramwaj lub autobus zastępczy. To było nie lada wyczynem między godz. 8 a 9. Część osób nie mieściła się w wagonach lub autobusach i musiała odczekać swoje na przystanku. Między rozdrażnionymi pasażerami kręcili się informatorzy ZTM, którzy próbowali opanować chaos.
>>> Warszawa: Kobieta rzuciła się pod metro
Dyrektor Leszek Ruta był jednak dobrej myśli. - To jest pierwszy dzień roboczy i jak na pierwszy dzień to nie wygląda źle - ocenił urzędnik. - Teraz w Warszawie jest ok. 30 procent pasażerów mniej, więc powinniśmy sobie z tym poradzić - dodał.
Wczoraj się nie udało, ale może do końca wakacji sytuacja się trochę poprawi, a pasażerowie po prostu przyzwyczają do problemów. Ci, którzy od strony Kabat jadą do centrum, muszą się przesiadać na Politechnice do linii zastępczej Z-1, która dowiezie ich aż na Żoliborz, albo skorzystać z kursującej po trasie metra linii 520. Z kolei jadący od strony Młocin mogą się już na Marymoncie przesiąść do Z-1 i dojechać do Śródmieścia. Dodatkowo na samym placu Bankowym mogą skorzystać zarówno z linii 520, jak i 171 oraz linii: 226, 527, 718, 738 i 805, których trasy zostały na czas zamknięcia metra przedłużone do centrum i okolic Pałacu Kultury i Nauki.