Jarosław Gowin: My, katolicy, możemy być tylko wdzięczni braciom Sekielskim

2019-05-15 5:00 Agnieszka Grotek
Jarosław Gowin
Autor: Artur Hojny Jarosław Gowin

Wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego o filmie "Tylko nie mów nikomu"

„Super Express”: – Oglądał pan film braci Sekielski „Tylko nikomu nie mów”?
Jarosław Gowin: – Przyznam uczciwie, że nie oglądałem, ale mam jasne stanowisko w sprawie tego filmu. On był w oczywisty sposób potrzebny. Skoro dochodziło do zbrodni – a pedofilia jest zbrodnią, skoro sprawcy nie zostali ukarani, skoro Ofiarom nie zadośćuczyniono, skoro w niektórych przypadkach dochodziło do tuszowania spraw – to my, katolicy, możemy być tylko wdzięczni braciom Sekielskim.
– Odpowiedź Kościoła na ten film satysfakcjonuje pana?
– Do tej pory padły bardzo ważne wypowiedzi przewodniczącego episkopatu abp. Gądeckiego oraz prymasa Polaka. W ślad za tymi słowami powinny jednak pójść czyny. Wiem, że w wielu przypadkach czynniki kościelne wyciągnęły wobec sprawców tych zbrodni konsekwencje kanoniczne, ale ci , którzy jeszcze żyją, powinni ponieść też odpowiedzialność karną.
– Jaka powinna to być odpowiedzialność? Prezes Kaczyński proponuje zaostrzenie przepisów karnych dotyczących pedofilii, za którą miałoby grozić nawet 30 lat więzienia.
– Jeszcze raz podkreślam: pedofilia jest zbrodnią, każdy przypadek powinien zostać osądzony indywidualnie, a wysokość kary musi wymierzyć sąd. My, politycy, jesteśmy tylko od tego, żeby zdecydować, czy przepisy są dostatecznie surowe. Przypomnę tylko, że w tej kadencji nasz rząd doprowadził do zaostrzenia kar za pedofilię. Teraz mamy propozycję prezesa Kaczyńskiego, by kary za tę zbrodnię wydłużyć do 30 lat więzienia. Pojawiła się też propozycja Grzegorza Schetyny, by te przestępstwa nie ulegały przedawnieniu. To są tematy do przedyskutowania, ale nie chciałbym, żeby ta dyskusja odbywała się w cieniu kampanii do europarlamentu. Jeśli bowiem będziemy mieszać w to w (??KOR) politykę, po raz kolejny będziemy wyrządzać Ofiarom krzywdę.
– Właśnie, zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego. Co, pana zdaniem, może przekonać Polaków do głosowania właśnie na was?
– Przypomnę, że jako pierwsi – jeszcze w styczniu – przedstawiliśmy kompleksowy program wyborczy. W kampanii do PE oraz w kontekście Unii partia Porozumienie przedstawiła propozycję najbardziej konkretną – europejskiego rozdziału w konstytucji. Chcemy uporządkować relacje Polska – UE. Zależy nam na ustabilizowaniu obecności naszego kraju w Unii, ale ten rozdział zawiera też procedury wyjścia ze Wspólnoty, bo taka procedura też musi zostać formalnie uwzględniona. No i wreszcie – to bardzo ważny element tego programu – chcemy postawić konstytucyjne bariery ingerencji brukselskiej biurokracji w wewnętrzne sprawy Polski.
– Entuzjazmu wokół tego projektu jednak nie widać.
– Wiem, że budzi on kontrowersje. Pomysł skrytykował m.in. Paweł Kukiz. Chciałbym jednak powiedzieć, że te kraje unijne, które dbają o swoją autonomię – Niemcy, Francja, ale także Węgry – taki rozdział w swoich ustawach zasadniczych umieściły. Moim zdaniem warto rozpocząć dyskusję także w Polsce. Ze świadomością, że ewentualny finał znajdzie dopiero w następnej kadencji.
– Polexit to jedno z najpopularniejszych słów w języku polityki ostatnich miesięcy. Widmo wyjścia z UE krąży nad Polską?
– Nie mogę wykluczyć, że kiedyś, w przyszłości, jako naród najemy się szaleju i zdecydujemy się na taki samobójczy krok. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie. Zasadniczym problemem nie jest żaden polexit, bo to kompletna bzdura. Tym problemem jest kształt Unii. I o to warto się spierać. O tym warto dyskutować. Jest bowiem oczywiste, że po brexicie UE będzie już inna. W krajach starej Unii pojawiają się popularne, zbierające po kilkadziesiąt procent partie, kwestionujące sens integracji europejskiej. Pojawiają się tam również pomysły, w moim przekonaniu szkodliwe, Unii dwóch prędkości. Uważamy w obozie Zjednoczonej Prawicy, że potrzebna jest Europa solidarna i Europa równych partnerów. Sprzeciwiamy się temu, żeby były uprzywilejowane kraje starej Europy i ci biedniejsi krewni ze Wschodu.
- Niedawno świętowaliśmy 15-lecie wstąpienia Polski do UE. To było dobre 15 lat?
– Uważam, że bardzo na członkostwie w Unii skorzystaliśmy. Te korzyści są obopólne – również stara Unia skorzystała z naszej obecności. Chcemy, żeby te wzajemne zyski nadal były wypracowywane.
– Nie będzie korzystnej dla Polski obecności w UE bez innowacyjnej gospodarki. Na pewno robimy wszystko, by taką w naszym kraju zbudować?
– W tej kadencji położyliśmy nacisk, żeby zbudować pomost między nauką a gospodarką. Zaczęliśmy od białej księgi barier innowacyjności. Przeprowadziliśmy bardzo szerokie konsultacje z przedsiębiorcami i naukowcami. Dokonaliśmy też przeglądu rozwiązań obowiązujących w najnowocześniejszych gospodarkach na świecie i wszystkie te rozwiązania wdrożyliśmy. Moje ministerstwo przygotowało dwie ustawy o innowacyjności. Mamy rekordowe w skali świata ulgi dla przedsiębiorców angażujących się w badania i rozwój. Wprowadziliśmy też niski CIT na produkty będące efektem nowoczesnych technologii. Z drugiej strony od października 2018 r. rozpoczął się proces głębokiej reformy polskich uczelni, także pod kątem ich współpracy z biznesem. A od kwietnia tego roku funkcjonuje sieć badawcza Łukasiewicz, integrująca blisko 40 instytutów badawczych, by stanowiły realny fundament pod przyszły rozwój gospodarczy. Jeśli więc pyta pani, czy robimy wszystko, by innowacyjną gospodarkę budować – to dajemy z siebie wszystko, by taka powstała.
– Mówił pan o reformie szkolnictwa wyższego. Wiele zarzutów pod jej adresem dotyczy tzw. punktozy – systemu oceny naukowców, którzy muszą zdobywać odpowiednie punkty, by móc się naukowo rozwijać. Zgłaszają problemy z tym głównie humaniści...
– Po pierwsze, uczelnie i naukowcy muszą być oceniani. My akurat od „punktozy” odeszliśmy. Te stare zasady, które zlikwidowaliśmy, promowały ilość kosztem jakości. Zmieniliśmy logikę. Mówimy: nie więcej niż cztery artykuły w ciągu czterech lat, ale opublikowane w najlepszych czasopismach. Stawiamy więc na jakość. Mamy bardzo zdolne młode pokolenie, które zasługuje na dobrą edukację. Poza tym, jeśli budujemy innowacyjną gospodarkę, musi być oparta na odkryciach polskich naukowców. Ale to wszystko nie będzie możliwe, jeśli w polskie uczelnie nie zainwestujemy dużo większych pieniędzy.
– O jakich środkach mówimy?
– Wystarczy zestawić dane o wydatkach na szkolnictwo podstawowe i średnie ze szkolnictwem wyższym. Jeśli na to pierwsze wydajemy znacząco powyżej średniej OECD, to już w przypadku uczelni to ledwie połowa tej średniej. Niestety, do tej pory ani szerokie kręgi społeczne, ani kolejne rządy nie doceniały wagi szkolnictwa wyższego. Nie doceniały cywilizacyjnej i rozwojowej wagi badań naukowych. Dopiero nasz rząd rozpoczął systematyczne podnoszenie nakładów w tym obszarze. Ustawa zawiera algorytm, gwarantujący, że te nakłady będą rosły w relacji do PKB.
– Wydatków państwo ma coraz więcej. Na naukę i szkolnictwo wyższe nie zabraknie?
– Nie może zabraknąć. Jeśli tych pieniędzy nie znajdziemy i dzięki nim nie poprawimy jakości naszej nauki, możemy zapomnieć o wzroście dobrobytu Polaków. Co do wydatków państwa, to wraz z ogłoszeniem tzw. piątki Kaczyńskiego skończył się czas transferów pieniężnych. Teraz przez najbliższe lata powinniśmy inwestować w rozwój, tworzenie warunków do jak najlepszego prowadzenia biznesów.
– Ale to oznacza, że z piątki Kaczyńskiego po wyborach będziecie się wycofywać?
– Oczywiście, że nie. To nasze trwałe zobowiązanie. Natomiast kiedy padają pytania, jakie kolejne transfery społeczne powinniśmy wprowadzać, to jasno mówię, że czas się zatrzymać. Doszliśmy do granic możliwości budżetu. Teraz musimy skoncentrować się na rozwoju.
Rozmawiała Agnieszka Grotek