Merkel: W Niemczech rząd PiS uważa się za najgorszy od 1989 r.

2016-03-21 3:00 Tomasz Walczak
PROFESOR WOLFGANG MERKEL
Autor: Andrzej Lange PROFESOR WOLFGANG MERKEL

Profesor Wolfgang Merkel, niemiecki politolog z Berlińskiego Centrum Nauk Społecznych ocenia w rozmowie z ,,Super Expressem" pierwsze miesiące rządów Prawa i Sprawiedliwości

"Super Express": - Do niedawna partnerstwo Polski i Niemiec uważano za oczywistość. Czy to się zmieniło? Jak niemiecki establishment odnosi się do rządu PiS?

Prof. Wolfgang Merkel: - Zarówno elity polityczne, jak i ekonomiczne w Niemczech uważają obecny rząd za najgorszy od 1989 roku. Postrzegają go jako nacjonalistyczny, antyeuropejski, wręcz wsteczny i wątpliwy moralnie.

- Wątpliwy moralnie?

- Niemiecki establishment ma problem z tym, że polski rząd odmawia uczestnictwa w programie przyjmowania uchodźców, podczas gdy Niemcy od września 2015 roku przyjęły już u siebie 1,2 mln z nich.

- PiS powiedziałby, że stosunek Berlina do obecnego rządu wynika z tego, że zrywa on z polityką bycia chłopcem na posyłki Niemiec. Skoro starają się zakończyć tę patologiczną, zdaniem rządzących, relację i walczyć o suwerenność Polski, to Berlinowi nie może się to podobać.

- I PiS nie miałby racji. Relacje między naszymi krajami od dawna opierają się na partnerstwie i równości. Najlepiej to było widać pod rządami Donalda Tuska. Rozumiem, że PiS próbuje zbić w Polsce jakiś kapitał polityczny na takiej narracji, ale, moim zdaniem, to rozpętywanie niebezpiecznej nacjonalistycznej retoryki, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

- Rację ma więc PO, która twierdzi, że za jej rządów Polska była kluczowym partnerem w Europie?

- Owszem. Z powodu trudnej wspólnej historii, szczególnie z powodu nazistowskich zbrodni w Polsce w czasie II wojny światowej, niemiecka polityka po upadku komunizmu dawała relacjom z Polską szczególny priorytet. Co więcej, Niemcy uważają wasz kraj za ważnego członka Unii Europejskiej, z którym warto współpracować. Rozwój wzajemnych relacji - wbrew temu, co twierdzą politycy PiS - bez wątpienia działa z korzyścią dla obu państw. Co prawda obecnie niemiecki rząd ostrożnie dystansuje się od nieliberalnego rządu PiS, ale nie od Polski jako kraju. Na pewno Berlin nie spisuje Warszawy na straty.

- A jak pan ocenia zainteresowanie instytucji unijnych sytuacją w Polsce? PiS jest w swojej narracji konsekwentny. Otóż UE pod dyktando Niemiec próbuje bronić zagranicznych wpływów w Polsce, które dzięki suwerennej polityce rządu są zagrożone. Troska o polską demokrację to tylko pretekst.

- Te teorie spiskowe autorstwa PiS to oczywisty nonsens. Troska o standardy demokratyczne jest troską autentyczną. Jeśli chodzi o zastrzeżenia co do działań polskiego rządu, to wynikają one z rozczarowania jego postawą w sprawie uchodźców. W Brukseli panuje przekonanie, że Polska - podobnie jak inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej - nie wykazuje żadnej solidarności w sprawie przyjmowania uchodźców. Unijni politycy twierdzą, że polski rząd widzi swoje funkcjonowanie we Wspólnocie wyłącznie przez pryzmat funduszy strukturalnych, które można wyrwać, ale nie chce wziąć na siebie części ciężaru i kosztów, jakie ponosi dziś Unia w kwestii napływających do niej uchodźców. To zresztą zdanie, które podziela coraz większa część niemieckiej opinii publicznej.

- A propos troski o demokrację. PiS jest niezadowolony, że Unia wytacza przeciwko jego rządowi ciężką artylerię, chociaż w przypadku innych krajów, które miały swoje problemy, nikt się w Brukseli nimi tak nie interesował. Pada tu najczęściej przykład Włoch. Rzeczywiście w Unii funkcjonują podwójne standardy?

- Działania, które podejmuje Unia wobec rządu PiS, trudno nazwać wytaczaniem ciężkiej artylerii. Unia jako instytucja oparta na wartościach demokratycznych ma obowiązek monitorować ich stan w państwach członkowskich. Owszem, Unia milczała, kiedy Berlusconi dołączył do rządu rasistowską Ligę Północną. Niemniej obecnie Bruksela jest jeszcze bardziej krytyczna wobec rządów Orbana. Nie zapominajmy też, jak ostro reagowała, kiedy w Austrii członkiem koalicji rządzącej została skrajnie prawicowa Wolnościowa Partia Austrii. Twierdzenie, że tylko rząd PiS spotyka się z unijną krytyką, jest zwykłym nadużyciem.

- Kryzys konstytucyjny, który sprawił, że Unia tak bardzo się Polską interesuje, sprawia, że opozycja ogłasza początek końca demokracji. Jako człowiek naukowo zajmujący się badaniem demokracji uważa pan, że paraliż Trybunału Konstytucyjnego pozwala wysnuwać takie wnioski?

- PiS prowadzi politykę sprzeczną z zasadami liberalnej demokracji i wszyscy ci, którzy są do nich przywiązani, nie mogą nie krytykować naruszenia elementarnych standardów, takich jak ingerowanie władzy wykonawczej w działalność władzy sądowniczej. Taka polityka na pewno przyniesie szkody jakości polskiej demokracji. PiS dalej będzie starał się podważyć liberalne standardy, ale nie uważam, żeby miał zagrozić istnieniu demokracji jako takiej w Polsce. Sądzę, że marsz ku groźnemu populizmowi zostanie zatrzymany przez polskie społeczeństwo obywatelskie.

- Pan obawia się o jakość demokracji w Polsce, a PiS twierdzi, że ona ma się świetnie. W końcu nikt nie broni protestować przeciwko rządowi, a policja nie rozgania demonstrantów pałkami. Z drugiej strony politycy PiS twierdzą, że prawo nie może być ważniejsze od woli narodu, a naród dał tej partii pełnię władzy i ona zamierza z tego korzystać. I co pan na to?

- Aby demokracja miała się dobrze, nie wystarczy, że rząd nie zabrania protestować, a policja z myślącymi inaczej nie rozprawia się na ulicach siłą. Pewne prawa muszą stać ponad przejściową większością. Mam tu na myśli choćby fundamentalną zasadę współczesnej demokracji, jaką jest wzajemna kontrola i równowaga władzy. Rozumiem, że PiS ma populistyczne podejście do demokracji, ale ona nie przetrwa bez praworządności. Jeśli więc obecny polski rząd poważnie traktuje demokrację, powinien tej praworządności przestrzegać i zaakceptować fakt, że także jego władza podlega kontroli.

Zobacz także: Prof. Richard Pipes: Rząd Prawa i Sprawiedliwości jest autokratyczny