Znany polski polityk jadł cuchnące mięso i popijał wódką. Zamiast w nowoczesnym hotelu spał w baraku

2020-01-14 17:01 DAB
Mięso
Autor: Shutterstock Mięso

To nie jest żaden program Azja Express, szkolenie survivalowe ani kurs przetrwania w czasach kryzysu dla polityków. Zamiast nowoczesnego hotelu były polski premier musiał nocować w baraku. Czas wolny spędzał przy zepsutym samolocie. Na obiad jadł cuchnące mięso z wódką, a na kolacje kanapki z winem.

Coś nieprawdopodobnego. To miała być zwykła służbowa podróż do innego kraju, ale okazała się niecodziennym przeżyciem dla byłego polskiego premiera. Donald Tusk jako przewodniczący Rady Europejskiej poleciał z premierem Danii, Larsem Rasmussenem na Grenlandię. Mieli zobaczyć jak dowody na globalne ocieplenie w tej części świata. Tam na miejscu przyjął ich premier Grenlandii, Kim Kielsen. Być może chciał to uczynić w lokalnym stylu lub pokazać jak wygląda codzienne życie na lodowatej wyspie. - Premier Kim Kielsen zaserwował im smaki lokalnej kuchni, przygotował tradycyjne innuickie jedzenie, głównie płaty z tłuszczu z fok i przeraźliwie tłuste i lekko cuchnące kawałki skóry narwala – wspomina Donald Tusk w swoim osobistym dzienniku. - Na szczęście jest też butelka wódki, dzięki czemu przełykam heroicznie te smakołyki - dodaje. Po sowitym obiedzie politycy zwiedzali wyspę, mijali dziesiątki gigantycznych gór lodowych płynących w stronę morza. Były polski premier wspomina, że wokół panowała absolutna cisza przerywana co jakiś czas hukiem pękającego lodu. W drodze powrotnej czekała ich jednak kolejna niespodzianka. - Helikopter wysadza nas na lotnisku Kangerlussuaq na wschodnim brzegu wyspy, obok małej amerykańskiej bazy. Okazuje się, że nasz samolot miał awarię. Siedzimy na końcu pasa startowego, wokół nas pustka – wspomina Donald Tusk i opowiada o kolejnych niespodziankach: - Premier Danii Lars Rasmussen mówi swoim, żeby chociaż z tego zepsutego samolotu przynieśli jedzenie i picie. Jest ciepło, słońce stoi wysoko i nie ma zamiaru zejść niżej, jesteśmy w końcu za kręgiem polarnym; siedzimy na jakichś skrzynkach. Z samolotu wynoszą kanapki i wino i tak czekamy na nasz samolot w coraz lepszych nastrojach. Samolotu nie da się jednak naprawić, więc nocujemy w barakach, kilka kilometrów od pasa startowego – wspomina jedną z najbardziej niezapomnianych przygód w książce "Szczerze".

Najnowsze
KOMENTARZE