Pożar wybuchł w 10 stycznia w Waśkowólce (woj. mazowieckie). Wczesnym rankiem Joanna Osiej (+49 l.) zobaczyła, że płonie dom sąsiadów. Natychmiast ruszyła z pomocą, bo wiedziała, że wewnątrz jest dwoje staruszków, Stanisław G. (+83 l.) inwalida na wózku i jego chora żona Irena G. (+86 l.). Po omacku, w duszącym dymie szukała ich, nawoływała, ale nikt nie odpowiadał. Płomienie objęły cały budynek odcinając jej drogę odwrotu. Pani Joanna straciła przytomność, spaliła się razem z mieszkańcami domu.
Dopiero teraz w Hulszewie odbył się pogrzeb Joanny Osiej. Data pochówku przeciągała się, bo żeby prokuratura mogła wydać zwęglone ciało, należało przeprowadzić badania DNA. Najpierw pobrano materiał od członków rodziny, a później wysłano próbki do biegłych sądowych. - Zależało nam na rychłym pogrzebie, by oszczędzić traumy Patrykowi, który ciągle pytał kiedy pochowają jego mamę – mówi Anna Brzyska (55 l.), ciocia chłopca.
Na ostatnim pożegnaniu pani Joanny pojawiły się tłumy mieszkańców okolicznych miejscowości. Patryk dzielnie w nim uczestniczył. W kościele siedział za trumną mamy, później szedł za karawanem na cmentarz. Stał nad grobem, a na koniec wrzucił do niego białą różę. – Teraz wiem, że mamie będzie dobrze w niebie i jestem o nią spokojny. Dostała ode mnie różę, by wiedziała, że bardzo ją kocham. Będzie mi brakowało mojej kochanej mamusi – powiedział chłopczyk ocierając łzy.