Wsparta na ramieniu męża, z trudem przekroczyła próg mieszkania. - Tak bardzo nie chciałam tu wracać - mówi pani Albina i spogląda na okno, z którego wypadły jej dzieci.
Została jej córeczka
Ból po stracie Mateuszka ( 4 l.) wciąż przeszywa jej serce.
Dwa pokoje w wieżowcu to teraz dla Albiny i jej męża Tadeusza (50 l.) najbardziej znienawidzone miejsce na ziemi.
- Pozasłaniałem szczelnie żaluzje, aby nie patrzeć w dół, tam, gdzie zginął nasz synek - wzdycha pan Tadeusz. Kiedy to mówi, twarz jego żony zalewa się łzami.
Do domu wróciła też Agatka (7 l.), która przeżyła upadek. Ma złamaną rękę i jest lekko przeziębiona. Pani Albina ujrzała swoją córeczkę po raz pierwszy od tragedii. Długo ją ściskała i całowała. Dziękowała Bogu, że ją ocalił. Tuliła Agatkę, jakby bała się wypuścić ją z rąk.
Po trzech tygodniach od tragedii kobieta ciągle nie jest w najlepszym stanie psychicznym.
- Czuje się okropnie, nie mogę myśleć, nic robić - chowa twarz w dłoniach i znów wybucha płaczem.
Smutna Wigilia
Ekertowie na razie zostaną w pechowym mieszkaniu. Nie stać ich na wynajęcie innego lokum. Na mieszkanie komunalne też nie mają co liczyć. Urzędnicy każą czekać, nie wiadomo jak długo. Rodzina nie wie, jak przeżyje święta.
- Najgorsze jest to, że Wigilię spędzimy tutaj, patrząc na to okno - wzdychają rodzice.
Ekertom bardzo pomogli Czytelnicy "Super Expressu". - Dzięki waszym dobrym sercom mamy co jeść - dziękuje pani Albina Ekert. - Nigdy wam tego nie zapomnimy - dodaje cicho.