Łukasz Warzecha: Klimatyczni fanatycy

2019-06-21 5:25 Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
Autor: Paweł Dąbrowski Łukasz Warzecha

Jestem „klimatycznym negacjonistą”. Dowiedziałem się tego z lewicowego portalu OKO Press, który sporządził specjalną „listę hańby”, złożoną z nazwisk ludzi, którzy nie godzą się z klimatycznym dogmatem. Mam przynajmniej tę satysfakcję, że na liście znalazł się także między innymi prof. Balcerowicz, więc nie jestem w złym towarzystwie.

Termin „klimatyczny negacjonista” jest sprytnie skonstruowany. Pojęcie negacjonizmu zostało bowiem wynalezione i dotyczyło pierwotnie osób, które zaprzeczały Holocaustowi narodu żydowskiego lub negowały jego skalę. Klimatyczni fanatycy zaadaptowali je do swoich potrzeb (najpierw w angielskim, używając słowa „denialist”), tworząc wrażenie, że kwestionowanie prezentowanego przez nich sposobu myślenia jest tak samo naganne i tak samo nieracjonalne jak zaprzeczanie Holocaustowi.

To oczywiście bzdura. Sekta klimatyczna stoi za jednym z najbardziej skandalicznych intelektualnych szwindli naszych czasów: to, co jest jedynie hipotezą, każe nam uznawać za niezbity fakt. I płacić w związku z tym kasę.

Fakty są bezsporne: klimat w jakiś sposób się zmienia. Wiele zjawisk jest nieprzewidywalnych. Ale tu fakty się kończą. Reszta to tylko przypuszczenia. Nie wiadomo na pewno, czy to element zmiany długoterminowej czy jakaś krótkoterminowa wariacja. Nie wiadomo, czy dzieje się to na pewno za sprawą człowieka. Nie wiadomo, jak duży wpływ ma na to ludzka działalność. Ba, nie wiadomo nawet, czy zmiana w dłuższym okresie polega na ociepleniu, oziębieniu czy jeszcze na czymś innym. Owszem, grupy naukowców wspierają tę czy inną hipotezę, ale to tylko spekulacje. Gdyby miały się sprawdzić te sprzed kilkunastu lat, już dawno puszczalibyśmy bąbelki pod wodą.

Klimatyczni fanatycy twierdzą, że są rzecznikami nauki. Wręcz przeciwnie – oni są kimś na kształt religijnych hunwejbinów, którzy chcą zamknąć usta „innowiercom”. Jedną z najważniejszych cech nauki jest bowiem nieustanne kwestionowanie stawianych hipotez i próba ich falsyfikacji, a nie śpiewanie w chórze.

Groza sytuacji polega na tym, że na podstawie jedynie hipotez, co kilka lat zresztą obalanych przez rzeczywistość, każe nam się płacić bardzo konkretne pieniądze na „walkę ze zmianami klimatu”, podczas gdy nie ma pewności ani co do tego, jak one naprawdę wyglądają, ani czy nasze działania cokolwiek zmienią. Ale cóż – to po prostu biznes. Zasilany naszą kasą.