Minister rolnictwa zdradza sekrety młodości. Żonę poznał w nietypowych okolicznościach

2019-10-10 19:14 Sandra Skibniewska
Jan Krzysztof Ardanowski
Autor: Archiwum prywatne Jan Krzysztof Ardanowski

W opozycji wydawałem antykomunistyczną gazetkę „Indeks”. Udało mi się wydać 11 numerów. Zgłosiły się wówczas do mnie dwie dziewczyny, które powiedziały, że chcą pisać na maszynie i pomóc. Jedną z tych dziewczyn była moja obecna żona. Może to dziwne, ale gdy ją pierwszy raz zobaczyłem, to powiedziałem w myślach: „To będzie moja żona”. I tak właśnie wyszło.

Moi przodkowie to "famatus" i "honestus"

Moja rodzina mieszka na Ziemi Dobrzyńskiej od 300 lat. Kilkanaście lat temu mój brat Wiesław poczuł potrzebę ustalenia losów naszej rodziny. W świadomości rodzin zazwyczaj istnieje wiedza dotycząca trzech pokoleń wstecz. Szkoda, ponieważ wnikanie w głąb, wiedza o życiu naszych przodków może być bardzo interesujące. Badania genealogiczne pomagają w dociekaniu prawdy o tych, od których pochodzimy. Dużo mówią nam także pamiątki, najczęściej nieliczne, które są materialną informacją informacją o ludziach, którzy tworzyli naszą rodzinę, gdy nas nie było jeszcze na świecie.

Zaczęliśmy szukać informacji o przodkach. Bardzo trudno jest odtworzyć historię kobiet, bo w polskim zwyczaju jest zmiana nazwiska po zamążpójściu. Szukaliśmy we wszystkich dostępnych źródłach. Monotonna praca, sprawdzanie strona po stronie konkretnych osób. Udało nam się znaleźć ponad 400 zapisów metrykalnych, które ułożyły się w logiczną całość. Co ciekawe, zawsze byłem przekonany, że moi przodkowie zajmowali się rolnictwem. Jednak okazało się, że część posiadała majątek na wsi i w mieście, uprawiając wolny zawód. Najczęściej mieszkali w małych miasteczkach zajmując się rzemiosłem i prowadząc swój biznes. Zapisane w metrykach po łacinie ich zawody to „famatus” i „honestus”, co by znaczyło, że uprawiali także rolę i sprzedawali owoce pracy w mieście.

To byli łebscy ludzie

Rodzice nie mieli formalnego, wysokiego wykształcenia. Wojna odebrała im tę możliwość. Dużo jednak czytali. Ojciec był też utalentowany muzycznie. Przepięknie śpiewał i grał na skrzypcach. Uczył mnie przedwojennych i wojskowych pieśni. Mój najstarszy brat złożył największy, jak sądzę, śpiewnik w Polsce, w którym jest około 900 pieśni i piosenek. Wydrukowałem wiele egzemplarzy tego śpiewnika.

Część rodziny zajmowała się z pokolenia na pokolenie owczarstwem. W strukturze przedrozbiorowej owczarze nie byli chłopami pańszczyźnianymi. Byli fachowcami od owiec, którzy podpisywali umowę z dziedzicem na zajmowanie się jego owcami. Rozliczenie następowało pod koniec sezonu. To pokazuje, że przodkowie byli łebskimi ludźmi.

Mój pradziadek Franciszek dorobił się na owcach i kupił swojemu synowi Janowi, od rolników, którzy otrzymali swoje nadania carskim ukazem, spore gospodarstwo w miejscowości Niedźwiedź. Tam spędziłem później moje dzieciństwo.

W domu Niemcy trzymali świnie

W czasie okupacji Niemcy zabrali zarówno gospodarstwo dziadków Ardanowskich, jak i większe gospodarstwo Nowackich, rodziców mojej mamy. Skazali ich na tułaczkę. Mama mając 13 lat trafiła na roboty do Niemiec i wróciła do Polski po wszystkich upokorzeniach i krzywdach dopiero w 1946 roku. To był okropny czas. Mama opowiadała mi, że gdy przyszli Niemcy rodzina musiała spakować się w 2 godziny. Babcia jako kobieta praktyczna wzięła wówczas pierzyny, ciepłą odzież, słoninę z zabitego świniaka (za którego zabicie groziła kara śmierci) i święte obrazy. Poddałem je renowacji, mam je w domu na poczesnym miejscu. Mają dla mnie wielką wartość sentymentalną.

Rodzina po wojnie wróciła na swoje gospodarstwa. Niemcy ograbili majątki i doprowadzili je do ruiny. Jeden z domów mieszkalnych służył Niemcom do przetrzymywania świń.

Mama zawsze opowiada o okresie wojny. Myślę, że piętno jakie odcisnęły na niej tamte wydarzenia jest niewyobrażalne. Ma 92 lata i nieustannie wraca do tamtych czasów. Poniewierka i ucieczka z Niemcami na zachód była przerażającym czasem. Za oddalanie się przez polskich niewolników od konwoju i wozu, na którym siedzieli opatuleni w pierzyny Niemcy, groziło rozstrzelanie przez SS-manów.

Pomyślałem: to będzie moja żona

Żonę poznałem na studiach w Bydgoszczy. Studiowaliśmy na Akademii Techniczno-Rolniczej. Jako student mocno interesowałem się sprawami związanymi z wolnością, Katyniem, Powstaniem Warszawskim, oraz historią Polski, o której, w czasach komuny, społeczeństwo nie było informowane. Dzięki starszym braciom, którzy studiowali na gdańskiej Politechnice miałem dostęp do książek, które były wydawane nielegalnie. Miałem w domu świeże wydawnictwa „Robotnika”.

Tuż przed maturą zostałem aresztowany przez SB. Wraz z dwoma kolegami. Zabrano mnie wówczas z lekcji pod zarzutem kolportowania ulotek nawołujących do bojkotu „wyborów” organizowanych przez komunistów.

To, że idąc w 1980 roku na studia zaangażowałem się w ruch solidarnościowy było dla mnie naturalne. Tworzyliśmy NZS. W 1981 zostałem szefem komisji uczelnianej Zrzeszenia. Byłem szefem komitetu strajkowego. Było to najtrudniejsze doświadczenie mojego życia. Odpowiadałem wówczas za kilka tysięcy osób, które były na strajku. Straszono nas, że ZOMO będzie nas atakowało. Mówiono nam, że w podziemiach, w których strajkowaliśmy są podłożone bomby. Dochodziło do prowokacji. Do struktur przenikali tajni współpracownicy o czym dowiedzieliśmy się po latach. W tamtym czasie wydawałem antykomunistyczną gazetkę „Indeks”. Udało mi się wydać 11 numerów. Zgłosiły się wówczas do mnie dwie dziewczyny, które powiedziały, że chcą pisać na maszynie i pomóc. Jedną z tych dziewczyn była moja obecna żona.

Może to dziwne, ale gdy ją pierwszy raz zobaczyłem, to powiedziałem w myślach: „To będzie moja żona”. I tak właśnie wyszło. Mamy piątkę fajnych dzieci. Trzy córki i dwóch synów. Mamy już dwie wnuczki, Celinkę i Helenkę.

Doniósł na mnie sąsiad, ORMO-wiec

W okresie, gdy byłem zafascynowany walką z komuną jeździłem na wiece i wyglądałem jak rewolucjoniści. Po stanie wojennym zostałem aresztowany w rodzinnym domu. Kilku kolegów, którzy przebywali w akademiku zostało aresztowanych od razu.

Kiedy wróciłem do Bydgoszczy szukaliśmy sposobu, jak skontaktować się z władzami Solidarności. Przenocowałem po kryjomu u brata. Gdy od niego wyszedłem SB przyjechało, aby przeszukać jego mieszkanie. Wszystko o mnie wiedzieli! Podążali za mną.

Wróciłem do rodzinnego domu. Tata poprosił mnie o pomoc w pracach gospodarskich. Kiedy pomagałem, sąsiad ORMO-wiec na mnie doniósł. W trakcie obiadu milicja wpadła do nas z długą bronią. Zabrali mnie na komisariat. Jeden z funkcjonariuszy powiedział do mnie wówczas: „Ty nie byłeś takim „pistoletem”. Gdybyśmy złapali Cię 13 grudnia to trafiłbyś do Potulic, do internowania. Teraz jest tam pełno ludzi”.

Dostałem dozór milicyjny i i co dzień przyjeżdżali, aby weryfikować, czy jestem w domu. Sądzę, że gdyby od razu wywieziono mnie „do interny” to możliwe, że nawet wyjechałbym z Polski. Tak się jednak nie stało. Mogę tu żyć, na mojej ukochanej Ziemi Dobrzyńskiej i służyć wolnej Polsce.

Sandra Skibniewska

Najnowsze