- Zawiadomienie dotyczy osób zobowiązanych do sprawowania pieczy nad plażowiczami i narażenia przez nich na bezpośrednie ryzyko utraty życia lub zdrowia - tłumaczy mecenas Paweł Zacharewicz. Przypomnijmy, że tragedia wydarzyła się we wtorek ok. godz. 14.30. Anna K. z Sulmierzyc (woj. wielkopolskie) była z dziećmi na plaży w Darłówku Zachodnim. W pewnym momencie poszła do toalety z najmłodszym 3-letnim Adasiem. Kiedy wróciła, Kacpra (+14 l.), 13-letniego Kamila i 11-letniej Zuzi nie było. Zaalarmowała ratowników, którzy byli na wieży oddalonej o ok. 100 m od miejsca wypoczynku rodziny. Rozpoczęły się poszukiwania. Szybko zauważono dryfującego Kacpra. Chłopiec śmigłowcem trafił do szpitala, ale tam zmarł. Dwójka jego rodzeństwa zniknęła.
W piątek na miejscu tragicznego zdarzenia pojawili się technicy policyjni. W oględzinach uczestniczył też ojciec dzieci Damian K. wraz z adwokatem. Prokuratura Rejonowa w Koszalinie nikomu na razie nie postawiła zarzutów. Postępowanie prowadzi w kierunku narażenia zdrowia i życia dzieci oraz nieumyślnego spowodowania śmierci. Na razie jednego z nich, bo tylko zgon Kacpra został potwierdzony.
Rodzice dzieci nie czekając na wyniki śledztwa wczoraj za pośrednictwem adwokata Pawła Zacharzewskiego powiadomili prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez ratowników, którzy w dniu tragedii dyżurowali na kąpielisku. To oni mieliby nieumyślnie doprowadzić tragedii.
- Każdy, kto był na plaży w Darłówku, wie że odległość pomiędzy falochronem, a najbliższym stanowiskiem ratownika, to ok 95 m. Dramat rozegrał się na tym dystansie. Czy to była plaża niestrzeżona czy strzeżona - to kwestia metrów – mówi mecenas Zacharzewski. Dodaje też, że gdy dzieci ginęły, ich rodzice byli na plaży.
Te oskarżenia bulwersują ratowników. - To głównie na rodzicach spoczywa obowiązek opieki nad swoimi dziećmi, zarówno na strzeżonej i niestrzeżonej plaży – podkreśla Leszek Pytel, szef mieleńskich ratowników.