Przez lekarzy straciliśmy Jasia

2013-05-22 4:00 MOD

Malutki Jaś Olczak (†3,5 r.) z Warszawy cierpiał przez siedem dni odsyłany od jednego szpitala do drugiego. Po tym jak zachorował na ospę i zaatakowała go sepsa, badało go sześciu lekarzy, ale żaden nie podjął decyzji, która mogłaby uratować mu życie. Wczoraj, dzięki desperackiej walce rodziców chłopca, medycy stanęli przed warszawskim sądem.

To było najgorsze siedem dni ich życia. Tuż przed Wigilią 2008 roku Jaś, synek Anny Kęsickiej (36 l.) i Tomasza Olczaka (37 l.), zachorował na ospę. W Wigilię zaczęła go męczyć bardzo wysoka gorączka i bóle stawów. Lekarskie wizyty domowe nie pomogły. Lekarzy zaniepokoiły dopiero wyniki wykonanych prywatnie badań krwi. Jednak nie na tyle, by któryś z blisko 10 medyków zdecydował się na podanie chłopcu antybiotyku. Zrozpaczeni rodzice jeździli od lekarza do lekarza, którzy najpierw nie wiedzieli, czy chłopiec jeszcze zaraża i kto powinien udzielić mu pomocy, a potem co dokładnie mu dolega. Gdy po sugestii ojca zorientowali się, że Jaś ma sepsę, było już za późno. Chłopca, który w stanie agonalnym trafił na oddział intensywnej opieki, nie udało się ocalić.

>>>>>>> WARSZAWA: Lekarze nie operują dzieci!

Wczoraj czwórka medyków z warszawskich szpitali, którzy zdaniem prokuratury narazili chłopca na utratę zdrowia i życia, stanęła przed sądem. Na ławie oskarżonych Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia usiedli Magdalena J., Sabina D., Paweł Ł. oraz Mohammed K. - lekarz zespołu wyjazdowego prywatnej lecznicy, który diagnozował Jasia w domu w Boże Narodzenie, a wczoraj zeznawał jako pierwszy. Tłumaczył, dlaczego nie wykrył groźnego stanu zapalnego w stawie biodrowym, nie podał Jasiowi antybiotyku lub po prostu nie skierował go do szpitala. - Nie było niepokojących objawów, nie było też wyników badań, które poprzedniego dnia zalecił lekarz. Nie jestem cudotwórcą, nie wiedziałem, co działo się w tym stawie - mówił. Tak jak pozostali lekarze, nie czuje się winny.

- Lekarze, którzy przyczynili się do śmierci naszego syna, powinni stracić prawo do wykonywania zawodu. Być może w ten sposób uchronimy inne dzieci i innych pacjentów - mówi nam mama Jasia.

Najnowsze