Pastor Mark Burns to szara eminencja w Białym Domu. Uchodzi za duchowego doradcę Trumpa
Donald Trump nie wydaje się być człowiekiem szczególnie religijnym. Ale tak naprawdę rozmaici duchowni mają na niego duży zakulisowy wpływ i wiedzą, jak z nim rozmawiać, przedstawiając go jako bożego pomazańca i zbawcę świata. Według magazynu Time najważniejszą postacią w tym dziwnym gronie jest 46-letni pastor Mark Burns. Na swojej stronie duchowny, rozwiedziony ojciec szóstki dzieci, na każdym kroku prezentuje się jako przyjaciel i zwolennik Trumpa. W kazaniach mówił, że to Bóg go wybrał i że to boska interwencja ocaliła polityka przed kulą zamachowca kilka lat temu. Trumpowi musi to wszystko schlebiać. Nie zniechęcił go nawet głośny skandal, jaki parę lat temu wybuchł wokół pastor Burnsa. Pastor w swojej oficjalnej biografii twierdził, że ma tytuł licencjata nauk ścisłych i służył sześć lat w rezerwie Armii USA. Ale telewizja CNN w 2016 roku odkryła, że to kłamstwa. Na North Greenville University Burns był tylko przez jeden semestr, a służył w Gwardii Narodowej Karoliny Południowej, z której został zwolniony w 2008 roku. Podczas konfrontacji w telewizyjnym wywiadzie Burns dosłownie uciekł ze studia. Potem zaczął kajać się w oświadczeniach. Przyznał, że zmyślił fragmenty swojej biografii, bo... bał się, że jako nowy pastor w parafii nie zostanie wzięty wystarczająco poważnie. Wcześniej przekonywał, że to hakerzy dopisali mu do biogramu nieprawdziwe fragmenty.
"Rosja przy użyciu wszelkich środków przejmie Kijów, a później pójdzie na Polskę. Przejmie resztę Gruzji, kraje bałtyckie. To trzecia wojna światowa"
Aż trudno uwierzyć, że po takim blamażu duchowny nadal kręci się po amerykańskich politycznych salonach i ma bezpośredni dostęp do prezydenta. Prezentuje przy tym wizję wiary chrześcijańskiej, której niezbędnym elementem jest wspieranie polityki Izraela. Od niedawna jest też gorącym orędownikiem wspierania Ukrainy, w rozmowie z PAP stwierdził nawet, że jeśli Rosja zdobędzie Kijów, ruszy na państwa bałtyckie i Polskę. Choć wcześniej był sceptyczny wobec pomagania Ukraińcom, dziś głosi tezę, że ich wspieranie nie stoi w sprzeczności z hasłem "America First" i jest w interesie Waszyngtonu. "Powtarzam to na korytarzach Kongresu, powtarzam to prezydentowi i doradcy ds. bezpieczeństwa krajowego, powtarzam to każdej osobie w rządzie, w imię pokoju światowego, jako dyplomata duchowy: Rosja będzie próbować przejąć całą Ukrainę albo zainstalować marionetkowy rząd, który zwiększyłby rosyjską władzę i wpływy w tym regionie" - powiedział Burns w rozmowie z PAP. "Bo jeśli nie będziemy wspierać Ukrainy, Rosja przy użyciu wszelkich środków przejmie Kijów, a później pójdzie na Polskę. Przejmie resztę Gruzji, kraje bałtyckie. To trzecia wojna światowa. Więc musimy zapewnić, że ukraińskie wojsko będzie miało wszystko, czego potrzebuje, by nie dopuścić do tego, aby amerykańscy żołnierze i żołnierki musieli walczyć w Europie z rosyjskim reżimem" - dodał.
Niepokojący wpływ skrajnej religijności na Amerykę. Żołnierze skarżyli się na szalonych dowódców
Jak bardzo "duchowa dyplomacja" ma wpływ na politykę w USA? Niedawne doniesienia na ten temat były wręcz niewiarygodne. Tuż po rozpoczęciu izraelsko-amerykańskiego ataku na Iran Mikey Weinstein, założyciel i prezes Wojskowej Fundacji Wolności Religijnej (MRFF) powiedział Huffington Post, że dotarły do niego skargi od żołnierzy z ponad 30 amerykańskich baz. Żołnierze opowiadali, że niektórzy dowódcy przedstawiali wojnę jako akt religijny, a słowa, które cytował Weinstein, brzmiały jak kazanie przywódcy groźnej sekty. Pewien podoficer poinformował MRFF, że jego dowódca nazwał wojnę w Iranie "jest częścią boskiego planu". Jak dodał, Trump "został namaszczony przez Jezusa", aby... spowodować koniec świata i powtórne przyjście Chrystusa. Na szczęście Mark Burns chyba nigdy czegoś takiego nie powiedział. Ale wpływ rozmaitej maści pastorów na armię i politykę za czasów Trumpa może i powinna niepokoić.