- Na Śląsku żaden z blisko 100 szpitali nie zgłosił problemów z zapewnieniem planowej obsady lekarskiej od 1 stycznia - uspokaja Wojciech Brachaczek, działający przy wojewodzie śląskim koordynator ratownictwa medycznego.
Dłużej za więcej
Pacjenci wciąż jednak są pełni obaw. Według Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, w ostatnim dniu roku negocjacje trwały jeszcze w co drugim ze śląskich szpitali. Zamieszanie to efekt wejścia w życie unijnych przepisów, ograniczających czas pracy lekarzy do 48 godzin tygodniowo. Medycy mogą pracować dłużej, nawet do 72 godzin na tydzień, ale tylko wtedy, jeśli wyrażą na to zgodę. A za to domagają się dodatkowych pieniędzy.
W wyjątkowo trudnej atmosferze toczyły się rozmowy w Szpitalu Miejskim nr 1 w Gliwicach, który 1 stycznia przekształcono w spółkę z udziałem miasta i pracowników. Dyrektor placówki Kamil Jany (38 l.) już we wrześniu zaproponował personelowi, by wyraził zgodę na obniżenie wypłat o 20 procent. Miało to zablokować powiększanie się długu szpitala, który teraz wynosi około 20 mln zł.
Większość pracowników przystała na propozycję. Zbuntowali się chirurdzy. Spośród 14 aż 11 złożyło wypowiedzenia z pracy. Po świętach na oddziale wstrzymano przyjęcia chorych. Przed chirurgią pojawiło się widmo likwidacji.
- Kilku lekarzy, nawet gdyby pracowali na pełnych obrotach, nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa 50 chorym - tłumaczy dyrektor Jany.
Wycofali wypowiedzenia
Porozumienie udało się osiągnąć w poniedziałek, późnym popołudniem. - Chirurgia, która była punktem zapalnym negocjacji, będzie działać w nowym roku pełną parą -Ęzapewnia dyrektor Kamil Jany. - Większość z moich lekarzy wycofała wypowiedzenia i zgodziła się na wydłużenie czasu pracy. Szpital będzie musiał za pracę lekarzy płacić oczywiście więcej - wyjaśnia dyrektor gliwickiego szpitala.
Porozumienie ma jednak kruche podstawy. - Niestety, szpital nie dostanie na pensje większych pieniędzy ani wyższego kontraktu od Narodowego Funduszu Zdrowia. W tej sytuacji mogę zapewnić działanie szpitala w pełnym zakresie, ale tylko przez najbliższe cztery miesiące. Co będzie potem, sam się zastanawiam - wzdycha Kamil Jany.
Zamieszania nie rozumieją pacjenci. - To się nie mieści w głowie, żeby chory musiał się martwić tym, co z nim będzie, bo się przepisy zmieniają - mówi oburzony Jan Pałasiński (78 l.), który leży na chirurgii w gliwickiej "jedynce". - Mieszkam razem z żoną w Gliwicach. Gdybym trafił gdzieś dalej, o odwiedzinach mógłbym zapomnieć. To przykre. Chcę stąd jak najszybciej wyjść i już nigdy nie wracać - podkreśla pan Jan.