Proces siedmiu spadochroniarzy podejrzanych o dokonanie zbrodni wojennych w afgańskiej ...
Tę informację potwierdzają w rozmowach z "SE" zarówno żołnierze, którzy niedawno wrócili z Afganistanu, jak i przedstawiciele MON. Szef wydziału przestępczości zorganizowanej Naczelnej Prokuratury Wojskowej Karol Frankowski odmówił odniesienia się do naszych informacji z uwagi na tajemnicę śledztwa.
Wokół tego, co stało się w Nangar Khel, przez ponad dwa miesiące także w Afganistanie panowało milczenie. - Chłopaki przesadzili - można było jednak usłyszeć od żołnierzy z tej samej jednostki.
Fakt, że do cywilów strzelano na oczach świadków, prowadzi do dwóch wniosków. Po pierwsze, żołnierze strzelający z moździerza przy świadkach nie mieli poczucia, że popełniają przestępstwo. Gdyby było inaczej, nie ostrzelaliby bezbronnej wioski.
Po drugie, już 16 sierpnia można było obalić wymyśloną przez podejrzanych wersję wydarzeń. Poza zeznaniami świadków, dowodem kłamstwa były zapisy kamer latającego nad Nangar Khel bezpilotowca. Dlaczego więc w wysyłanych do kraju oficjalnych meldunkach dotyczących tej akcji znalazła się bajka o wymianie ognia z talibami? To także musi zostać wyjaśnione podczas śledztwa.
Niech po prostu powiedzą prawdę
Rozmowa z gen. dyw. Romanem Polko, zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego
- Czy dowódca może wysłać żołnierzy z rozkazem ostrzelania wioski, a nawet, jak się dowiadujemy, trzech różnych wiosek zamieszkanych przez ludność cywilną?
- Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Nawet gdyby dowódca okazał się idiotą do bólu, żołnierze nie tylko nie wykonaliby takiego rozkazu, ale natychmiast wezwaliby psychologa.
- Może żołnierze mieli informacje, że w wiosce ukrywają się talibowie?
- Nawet w takim wypadku żołnierze wiedzą, że pierwszą zasadą jest bezpieczeństwo osób cywilnych. W 1999 r., gdy dowodziłem 18. batalionem desantowo-szturmowym, przed misją w Kosowie szkoliliśmy się we Włoszech. Postawiono nas przed dokładnie taką sytuacją - przeciwnik nas ostrzeliwuje i chowa się w wiosce za plecami cywilów. Miałem podjąć decyzję. Rozkazałem odstąpienie od ostrzału.
- W latach 1999-2000 dowodził pan kontyngentem w Kosowie. Czy używaliście tam moździerzy?
- Tak. Było to np. w sytuacji, gdy nasz posterunek został ostrzelany z trudno dostępnego, niezamieszkanego rejonu w pobliżu miejscowości Suszice. Zaaprobowałem wówczas decyzję o ostrzelaniu tego rejonu z "wasiloka" - 82-milimetrowego moździerza automatycznego. Nad tym rejonem pojawiły się też amerykańskie śmigłowce Apache.
- Czy do BBN trafił meldunek dotyczący akcji naszych żołnierzy w Afganistanie?
- Tak. Przedstawiono w nim wersję, że ofiary cywilne to efekt wymiany ognia po zaatakowaniu naszej jednostki przez talibów. Gdyby coś wtedy budziło wątpliwości, BBN zwróciłoby się o dodatkowe wyjaśnienia.
- Zmowa milczenia, jaką zawarli podejrzani, najwyraźniej pękła. Czy to pomoże w wyjaśnieniu sprawy?
- Z informacji, które się pojawiają, wynika, że żołnierze zapewne w wyniku sugestii adwokatów zaczęli się nawzajem obciążać odpowiedzialnością. Moim zdaniem najlepiej dla nich byłoby po prostu powiedzieć prawdę. Wierzę, że sąd wyjaśni do końca wszystkie okoliczności tej tragedii.
Gen. Roman Polko




