Dramat rodziców 35-latka. Nie mogą pochować syna przez koronawirusa

2020-04-10 5:00 DUT
Międzyrzecz
Autor: Dariusz Dutkiewicz Rodzice pochowali syna, pozostała wielka pustka...

Jedyny syn Barbary i Marka Wacławików z Przytocznej (woj. lubuskie), zginął w minioną sobotę. Pijany znajomy bez powodu zakatował go na śmierć. Zrozpaczeni rodzice chłopka od kilku dni czekają na wydanie jego ciała.

Na ich drodze położyła się cieniem szalejąca epidemia. Zanim bowiem zwłoki zostaną wydane, musi odbyć się sekcja. Tymczasem lekarze zwlekają z jej przeprowadzeniem, m.in. dlatego, że chcą mieć pewność, że zmarły jest wolny od koronawirusa.

Dla Darka oraz jego rodziców, pomimo zarazy, to miały być normalne, bo wspólne święta. Razem mieli zasiąść do stołu, stuknąć się jajkiem i skosztować potraw przygotowanych przez panią Barbarę. Ale to już przeszłość. Wspólne plany runęły jak domek z kart w minioną sobotę.

Po obiedzie Darek miał kopać ogródek, ale wcześniej poszedł do pobliskiego sklepu po dwa piwa. - "Zaraz wrócę", krzyknął jeszcze na odchodnym - wspomina pan Marek.

Ale nie wrócił. Po wyjściu ze sklepu spotkał Krystiana M. (26 l.) i jego kompanów. Ci zażądali, aby oddał im piwa. Odmówił. - Znajomy opowiadał mi, że najpierw ten Krystian uderzył Darka, a kiedy upadł, zaczął go straszliwie kopać po całym ciele - mówi ze łzami w oczach ojciec ofiary. - Boże, taka śmierć, to był dobry syn, nie zasłużył na to - dodaje.

I tak od kilku dni Wacławikowie snują się zrozpaczeni po domu i ogrodzie. Wspierają ich córki, ale doskonale wiedzą, że zostaną sami, bo obie ich córki mają własne rodziny. Najważniejszym celem zrozpaczonych rodziców stał się pochówek syna.

Tymczasem od kilku dni czekają na wydanie zwłok, aby wyprawić pogrzeb na pobliskim cmentarzu. Pan Marek, drobny przedsiębiorca, człowiek zacny i znany nie tylko w samej Przytocznej, dzwonił gdzie tylko można, do prokuratury, do sanepidu, do wysoko postawionych przyjaciół, aby dowiedzieć się kiedy zobaczy ciało syna. Na próżno.

Międzyrzecz
Autor: Dariusz Dutkiewicz Do dramatu doszło na promenadzie w Przytocznej.

Zarówno pani Basia, jak i jej mąż, zastanawiają się skąd takie opóźnienie. Przypuszczają, że przez zarazę. I mają rację. Jak nieoficjalnie mówi nam jeden z lubuskich śledczych, po pierwsze lekarze są straszliwie zapracowani, ale także przystępując do sekcji chcą mieć pewność, że zmarły nie był nosicielem koronowirusa. - I trudno się temu dziwić - mówi nasz rozmówca.

Tymczasem pan Marek, nawet w tej ciężkiej sytuacji, jest dobrej myśli. - Liczymy na to, że będziemy mogli pochować Darka jeszcze przed Świętami, w Wielką Sobotę i tak wstępnie umówiliśmy się z naszym księdzem - mówi mężczyzna.

Czytaj Super Express bez wychodzenia z domu. Kup bezpiecznie Super Express - KLIKNIJ tutaj!

Pielęgniarka na kwarantannie: Nie będę miała z kim podzielić się jajkiem. To będą najgorsze święta

Rozwijamy nasz serwis dzięki wyświetlaniu reklam.

Blokując reklamy, nie pozwalasz nam tworzyć wartościowych treści.

Wyłącz AdBlock i odśwież stronę.