Łukasz Żak
Łukasz Żak usłyszał wyrok w sprawie wypadku, do którego doszło 15 września 2024 roku na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie. Z ustaleń, jakie wówczas poczynili śledczy, wynikało że kierowca białego volkswagena wbił się z impetem w tył forda, którym podróżowała czteroosobowa rodzina. Niestety, 37-letni mąż i ojciec, pan Rafał siedzący na miejscu pasażera, zginął na miejscu. Jego żona Ewelina, która kierowała pojazdem, oraz dwójka dzieci w wieku 4 i 8 lat, trafili do szpitala w stanie ciężkim. Na tamten moment służby informowały, że autem, które doprowadziło do zderzenia, podróżowały cztery osoby: kobieta, która również trafiła do szpitala z licznymi obrażeniami, oraz trzech mężczyzn, znajdujących się pod wpływem alkoholu. Żadne z nich nie przyznawało się do kierowania samochodem, a w toku śledztwa szybko okazało się, że kierowcy faktycznie nie było wśród zatrzymanych, ponieważ zdołał zbiec z miejsca zdarzenia. Na jaw wyszło także to, że uczestnicy wypadku próbowali zrzucić winę na 20-letnią Paulinę, która spośród pasażerów volkswagena najbardziej ucierpiała. Kobieta miała poważne obrażenia twarzy oraz głowy, była nieprzytomna. Z nieoficjalnych ustaleń medialnych wynikało, że mężczyźni próbowali nawet powstrzymać świadków od udzielenia jej pomocy, lecz ci pozostawali nieugięci i uratowali 20-latkę. Gdyby poszkodowana zmarła, łatwiej byłoby ją wrobić w sprawstwo. Z kolei prokuratura już wtedy podawała, że zebrane dowody niemal na pewno wykluczają, by to Paulina kierowała pojazdem. Funkcjonariusze przyznają, że od lat nie spotkali się z tak dużą skalą poplecznictwa i mataczenia w sprawie. Osoby obecne na miejscu wręcz namawiały kierowcę, by uciekał, a potem pomagały mu w ukrywaniu się. Głównym podejrzanym, jak się później okazało, został Łukasz Żak - wielokrotnie karany za jazdę pod wpływem alkoholu oraz posiadanie środków odurzających.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Prywatnie, jak podawali dziennikarze, miał być chłopakiem 20-letniej Pauliny: tej samej, którą próbowano wrobić w sprawstwo wypadku. Niebezpieczne wyczyny na drogach publikował w internecie, chwaląc się własną głupotą i bezmyślnością. Wydano za nim list gończy oraz Europejski Nakaz Aresztowania. 26-latek tuż po wypadku zadzwonił do matki swojej dziewczyny, którą poinformował, że planuje uciekać do Hiszpanii. Kobieta dostała też telefon z informacją, że jej córka w tym wypadku zginęła, że nie żyje, choć była to nieprawda.
Łukasz Żak niedługo zabawił na wolności. Mężczyzna został finalnie zatrzymany przez policję za granicą – do jego schwytania doszło za sprawą współpracy polskich i niemieckich służb. Proces 26-latka, który rozpoczął się później, śledziła cała Polska. Podejrzany wykazywał się wyjątkową arogancją, nie okazał żadnej skruchy, atakował skład sędziowski, umniejszał swojej winie, był butny i opryskliwy. Sędzia Maciej Mitera, który ogłaszał wyrok w sprawie Żaka, ze spokojem znosił wszystkie ataki. Odniósł się do nich dopiero w uzasadnieniu swojej decyzji.
- Nagrywaniem tego wszystkiego, tych wybryków, chciał pan komuś zaimponować? To przecież groziło katastrofą. Kara to jest wypadkowa pana zachowań. Wszystko pana interesowało, koszulki louis vitton, balenciagi, ale nie to. Zero refleksji. Przez proces testował pan moją cierpliwość wiele razy. Uważam, że to orzeczenie jest sprawiedliwe. Ta kara zabezpieczy drogi przed takimi ludźmi jak pan – mówił sędzia Mitera. – Oczywiście do tego, co było w pana głowie, nikt nie dojdzie. Nikt nie dojdzie do pana umysłu. Ja opierałem się wyłącznie na faktach. Kara uwzględniła motywację, pobudki i społeczną szkodliwość. To jest wypadkowa. Muszę chronić pojedyncze jednostki i tym wyrokiem chronię mieszkańców Warszawy przed takimi osobami jak pan − dodawał.
Tym samym Łukasz Żak został skazany na karę 20 lat więzienia. Orzeczono też wobec niego dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów oraz obowiązek zapłaty 900 tys. złotych zadośćuczynienia żonie i dzieciom zmarłego Rafała P. oraz 150 tys. złotych swojej byłej partnerce. Tak surowa kara w tego typu sprawach zdarza się wciąż bardzo rzadko, niestety, więc społeczny odzew był niezwykle emocjonalny. Eksperci wskazują, że być może wyrok stanie się przestrogą dla innych piratów drogowych i wskazówką dla wymiaru sprawiedliwości, w którą stronę podążać.
Na koniec trzeba zaznaczyć, że na tej decyzji sprawa się nie kończy. Wyrok wobec Łukasza Żaka, który zapadł 16 lipca 2026 roku, jest bowiem wyrokiem nieprawomocnym, a obrona już zapowiedziała złożenie odwołania. Mecenas Izabela Ławińska uważa, że kara 20 lat więzienia jest zbyt surowa. – Mój klient sam zgłosił się na policję – podawała jako okoliczność łagodzącą. - Ten człowiek został wybitnie postawiony na świeczniku. Zapewne znacie państwo przypadki innych przestępstw, gdzie znacznie gorsze czyny zostały popełnione i nie widziałam wtedy, żeby pojawiały się komentarze czy sugestie co do wyroku. Uważam, że mój klient został tutaj wytypowany, nie wiem z jakich względów − dodawała obrończyni Żaka.
Wciąż trwają także poszukiwania wszystkich podejrzanych w sprawie, bo część z nich zaczęła się ukrywać. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, drugi kolega głównego oskarżonego został schwytany i trafił do aresztu, ale jeden, ostatni, nadal pozostawał nieuchwytny.
Komentatorzy wskazują, że choć w sprawie Łukasza Żaka czeka nas jeszcze proces apelacyjny, to szansa na to, że sąd nagle zmniejszy wysokość kary, jest znikoma. Nie oznacza to oczywiście, że takowa w ogóle nie istnieje, więc na ostateczne rozpoznanie i wyrok prawomocny pozostanie nam jeszcze poczekać. Ten etap może potrwać nawet kilka miesięcy.
Iwona Cygan
Przełom w sprawie Iwony Cygan i decyzja sądu, która zaskoczyła wszystkich. Ta przerażająca historia swój początek miała w nocy z 13 na 14 sierpnia 1998 roku. Tragicznego wieczoru Iwona została wyciągnięta przez koleżankę, Renatę G., do baru w Zajeździe Leśnym, z którego nigdy do domu już nie wróciła. Z zeznań dziewczyny wynika, że rozstały się potem na rynku, około godziny 21:30, każda ruszyła w swoją stronę. Iwona do celu nie dotarła, choć od domu dzieliło ją zaledwie 10 minut. Renatę przesłuchiwano wielokrotnie, w różnych warunkach i przez różny okres. Zawsze powtarzała tę samą wersję wydarzeń. Zdarzało się jej płakać, denerwować, ale w kółko zarzekała się, że mówi prawdę i nic nie wie o śmierci Iwony. Przypadkowy mieszkaniec natknął się na zmaltretowane ciało nastolatki, które leżało przy wale Wisły w Szczucinie, mieszczącym się w województwie małopolskim. Ofiara miała praktycznie na całym ciele wiele przeróżnych obrażeń. Siniaki, otarcia naskórka, zadrapania. Oprawca obciął jej włosy, wyrwał kolczyki z uszu. Zadawał ciosy twardym narzędziem, z dużą siłą, co przyczyniło się między innymi do powstania sporej rany na głowie o długości prawie pięciu centymetrów. Iwona miała też dwukrotnie złamaną żuchwę. Finalnie na szyi 17-latki zaciśnięty został drut kolczasty, którym morderca ją dusił. Biegli nie byli w stanie podać dokładnego czasu śmierci ofiary, ale za przyczynę zgonu uznano gwałtowne uduszenie, spowodowane zadzierzgnięciem drucianą pętlą oraz przez zamknięcie dróg oddechowych krwią, spływającą z doznanych obrażeń twarzy. Ofiara przez długi czas była nieprzytomna, a zgon mógł też wystąpić w wyniku szoku lub wyziębienia ciała. W organizmie nastolatki nie stwierdzono obecności alkoholu czy narkotyków. Zabezpieczono natomiast ślady DNA oraz odciski palców osób trzecich. W późniejszym śledztwie okazało się, że były one niewystarczające i nie udało się przy ich użyciu doprowadzić do identyfikacji kogokolwiek innego, niż samej Iwony. Jedna z pierwszych hipotez postawionych w sprawie dotyczyła przestępstwa na tle seksualnym. 17-latka miała bowiem opuszczone spodnie i bieliznę do kolan, sprawca miał też zabrać jej odcięte kosmyki włosów, z których uczynił swoje trofeum. Ale ostatecznie sekcja zwłok wykazała, że Iwona nie została wykorzystana. Niewykluczone, że morderca chciał zmylić funkcjonariuszy, dlatego zainscenizował całą sytuację, chcąc sugerować wybrany motyw zbrodni, mimo że ten prawdziwy był zupełnie inny.
Czytaj także: Zabili swoją ofiarę i rytualnie zjedli części ciała mężczyzny. Odcięli głowę, rozebrali i wypatroszyli
Gdy sprawa wyszła na jaw, wielu mieszkańców i osób znających Iwonę podejrzewało, kto mógł stać za tą straszliwą zbrodnią. Nikt nie chciał jednak o niczym mówić. Zapanowała zmowa milczenia i strachu, która skutecznie utrudniała prace nad rozwikłaniem tej potwornej zagadki. Panikę miała wzbudzać przede wszystkim rodzina Pawła K., który stał się później głównym oskarżonym o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Pod lupę wzięto też jego ojca, Józefa K., oskarżonego o pomocnictwo. Osób podejrzanych było potem jeszcze więcej. Mijały lata, a w sprawie nie pojawiały się nowe tropy. Dopiero, gdy śledztwo trafiło do rąk detektywów z krakowskiego Archiwum „X”, wyszło na jaw, że zbrodnię próbowano tuszować i brali w tym udział lokalni policjanci. Wówczas stało się jasne, czemu funkcjonariusze nie potrafili poczynić postępów. Prędko stawiano zarzuty kolejnym osobom, a liczba podejrzanych urosła do 17 osób. Wśród nich znaleźli się wspomniani Paweł K. i Józef K., ale także przyjaciółka Iwony, Renata, która miała odpowiadać za utrudnianie śledztwa i składanie fałszywych zeznań.
Przed sądem postawiono ponadto aż czternastu policjantów, którzy pracowali w początkowym okresie przy sprawie Iwony Cygan. Prokuratura zarzuciła im nadużywanie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków w celu osiągnięcia korzyści majątkowej oraz poplecznictwo czy utrudnianie postępowania karnego. Kiedy rodzina 17-latki myślała, że wreszcie będzie mogła zasnąć spokojnie, skoro oprawcy ich ukochanej córki trafią za kraty, koszmar wcale się nie zakończył. Trwały kolejne działania policjantów i prokuratury, a sądowy proces zaczął przedłużać się w nieskończoność. Ostatnia decyzja zapadła 31 lipca 2026 roku.
Sąd Okręgowy w Rzeszowie zdecydował o uniewinnieniu wszystkich oskarżonych w sprawie zabójstwa Iwony Cygan. Ogłoszenie nastąpiło po prawie 28 latach od zbrodni i po 8 latach procesu. Wymiar sprawiedliwości uznał, że brakuje dowodów, świadczących o bezsprzecznej winie oskarżonych, więc postanowił ich wszystkich uniewinnić. Na sali sądowej emocje było ogromne. Wśród zgromadzonych znalazł się między innymi ojciec zamordowanej dziewczyny, pan Mieczysław, który wsłuchiwał się w uzasadnienie wyroku. W pewnym momencie mężczyzna zasłabł. Wówczas ruszyli mu na pomoc policjanci, którzy podnieśli mężczyznę i wsparli w dojściu do siebie. Trudno sobie wyobrazić, co w takim momencie muszą czuć bliscy. Ich 17-letnia córka padła ofiarą zbrodni, a oni wciąż czekają na sprawiedliwość. Szanse na rozwikłanie sprawy i skazanie osób odpowiedzialnych za śmierć nastolatki są coraz mniejsze.
- Jako siostra Iwony czuję, jakby ten wyrok mówił, że moja siostra nie istniała. Jakby jej życie, jej śmierć i jej cierpienie nie miały znaczenia – napisała później w mediach społecznościowych siostra ofiary. - Zmowa milczenia nadal trwa. Ludzie, którzy wiedzą, co wydarzyło się tamtej nocy, nadal żyją. Żyją, mają swoje rodziny, swoje życie. A Iwona nie żyje. Nasza mama również odeszła, nie doczekawszy sprawiedliwości dla swojej córki. Prawdę znamy. Ale dziś czujemy, że istnieje siła większa od prawdy. Przynajmniej na razie – dodała, dziękując wszystkim, którzy przez lata wspierali rodzinę.
Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, wyrok sądu pozostawał nieprawomocny, a prokuratura już zapowiedziała złożenie od tej decyzji odwołania.
Czeka nas więc jeszcze proces apelacyjny.
Izabela Strzałkowska
Nie jest to co prawda jeszcze wyrok, ale przełom tak duży, że trzeba o nim w tym materiale wspomnieć. Chodzi o historię 13-letniej Izabeli Strzałkowskiej, która 23 sierpnia 2011 roku została brutalnie zamordowana. Tego dnia umówiła się ze swoją koleżanką. Dziewczyny chciały spędzić ze sobą trochę czasu na tydzień przed rozpoczęciem szkoły. Najpierw spacerowały po Dąbrowie, jednej z najmłodszych i mniej znanych dzielnic Gdyni, a potem poszły na boisko szkoły podstawowej, którą niedawno ukończyła Iza. Spotkały tam kilkoro znajomych, porozmawiały, i wróciły. Ola musiała niedługo zbierać się do Gdańska, gdzie na co dzień mieszkała, więc koleżanka zaproponowała, że ją odprowadzi. Mamie obiecała, że wróci około godz. 20:30, bo autobus miał odjechać o 20:22, a przystanek znajdował się stosunkowo blisko domu. Dziewczyny pokręciły się jeszcze po okolicy i wstąpiły na moment do sklepu. Na koniec faktycznie pożegnały się na przystanku. Ola pojechała autobusem w stronę Gdańska, a Izabela Strzałkowska odwróciła się i ruszyła do domu. Nigdy już tam jednak nie dotarła. Gdy minęła 20:30, rodzice Izy byli jeszcze względnie spokojni. Autobus mógł mieć przecież opóźnienie. Ale nieobecność córki się przedłużała, 13-latka przestała odpisywać na wiadomości, nie odbierała telefonu. Sygnał łączenia w końcu całkowicie zniknął. Wtedy pani Małgorzata, matka Izabeli, zaczęła mieć złe przeczucia. Razem z mężem postanowili działać. On został w domu, na wypadek, gdyby córka wróciła, a ona poszła kawałek przed dom wypatrywać nastolatki. Kobieta nie widziała nigdzie Izy, więc postanowiła przejść się kawałek wzdłuż drogi, ścieżką koło giełdy towarowej. Z późniejszych relacji medialnych wynika, że zwróciła uwagę na rozkopaną ziemię, lecz uznała, że zapewne to dzieło dzików i poszła szukać dalej. Potem jednak wróciła do tego miejsca i przyjrzała mu się dokładniej. To wtedy dostrzegła but swojej córki. Było około godziny 22:00. Serce zaczęło jej bić mocniej, gdy wychyliła się dalej. W pobliskich krzakach zobaczyła wówczas leżącą bez ruchu Izę. Sprawca nie postarał się nawet, by porządnie ją ukryć.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Matka zadziałała instynktownie. Przykucnęła przy córce i próbowała ją ratować. Wykonała resuscytację krążeniowo-oddechową, lecz niestety reanimacja nie przyniosła rezultatu. Wezwana została też na miejsce pomoc, a ratownicy medyczni powtórzyli działania bliskich. Bez skutku. Na miejscu stwierdzono zgon 13-latki. Leżała zaledwie 300 metrów od domu. Ból po stracie córki był niewyobrażalny, wyszła wieczorem przecież tylko na chwilę, odprowadziła koleżankę na autobus i zabrakło jej dosłownie kilku minut, by wrócić bezpiecznie do domu. Miała do pokonania łącznie 800 metrów. Zdołała przejść 500, nim ktoś przeciął jej drogę. Sekcja zwłok wykazała, że śmierć nastąpiła około godziny 20:40. Izabela została uduszona, a sprawca był wyjątkowo brutalny. Na jej szyi obecne były charakterystyczne ślady zaciśniętych dłoni, dziewczyna miała też zsuniętą bieliznę, co kazało sądzić, że mogła zostać wykorzystana. Przeprowadzono specjalistyczne badania, które to wykluczyły, jednak motyw seksualny zbrodni pozostał aktualny, ponieważ na brzuchu dziewczyny odkryto materiał genetyczny sprawcy. Śledczy uznali, że agresor chciał wykorzystać Izę, ale ta stawiała opór i walczyła z nim do ostatniej chwili. W wyniku wybuchu złości zamordował ofiarę, zanim doszło do aktu, bo nie mógł sobie z nią poradzić. W pobliżu dostrzeżono poszarpane ubrania Izy, siniaki i rany na innych częściach ciała oraz przeoraną dookoła ziemię.
Mimo szeroko zakrojonej obławy za sprawcą, nigdy nie udało się go odnaleźć. Przez lata pozostawał nieuchwytny, aż do teraz. Po 15 latach od zbrodni, prawdopodobny sprawca morderstwa 13-letniej Izabeli Strzałkowskiej został zatrzymany. 37-letni Michał S. pod koniec lipca 2026 roku przyznał się do przestępstwa, choć odmówił składania wyjaśnień i odpowiadania na pytania. Mężczyzna usłyszał zarzuty, za które grozi mu kara dożywotniego więzienia, i jednocześnie został skierowany na specjalistyczne badania psychiatryczne. Przełom w sprawie nastąpił dopiero wtedy, gdy profil DNA dalekiego krewnego Michała S. pojawił się w bazie. Śledczy przeanalizowali drzewo genealogiczne i dotarli do podejrzanego 37-latka, który w 2011 roku mieszkał w tej samej gdyńskiej dzielnicy, co zamordowana nastolatka. Po zatrzymaniu pobrano od niego próbkę DNA do badań porównawczych. Dwie niezależne ekspertyzy potwierdziły zgodność jego profilu genetycznego z materiałem biologicznym zabezpieczonym na ciele Izy.
Marta Sobota, genealog genetyczna, w rozmowie z "Radiem Eska" ujawniała, że funkcjonariusze najpierw musieli w bardzo dokładny sposób pobrać materiał genetyczny, a później przechowywać go w odpowiednich warunkach od 2011 roku. Analizowali DNA, budowali drzewo genealogiczne liczące 10 tysięcy osób i cofnęli się o sześć pokoleń. W ten sposób, po raz pierwszy w historii polskiej kryminologii, genealogia genetyczna doprowadziła do wskazania sprawcy morderstwa. - To było jak wielka układanka. Zajęło nam to dwa lata - mówiła Marta Sobota, która pracowała przy tej sprawie. – Ta osoba, która przekazała swój materiał, krewny podejrzanego, wyraziła zgodę na to, by jej profil mógł być porównywany w sprawach kryminalnych. To nie jest tak, że policja ma do tego automatyczny dostęp. To jest dobrowolny wybór tych osób. Oczywiście nikt się z nimi później nie kontaktuje, do analizy potrzebna jest jedynie informacja, ile DNA dana osoba dzieli z nieznanym sprawcą. To jest tylko liczba, nic więcej, w aktach sprawy nie pojawiają się żadne nazwiska, te osoby pozostają całkowicie anonimowe – tłumaczyła. Michał S. przez te wszystkie lata prowadził normalne życie. Założył rodzinę, znalazł żonę i spłodził dzieci, działał w mediach społecznościowych, gdzie wrzucał mnóstwo zdjęć z bliskimi, pokazywał medale zdobyte w zawodach biegowych. Jednocześnie żył w ciągłym napięciu, czytał w sieci o bazach DNA, jakby przeczuwał, że coś po niego nadchodzi. Teraz grozi mu kara dożywotniego więzienia.
Dawid Mirkowski
W czerwcu 2026 roku zapadł wyrok w jednej z najgłośniejszych zbrodni ostatnich lat. W nocy z 7 na 8 maja 2022 roku w samym centrum Warszawy, na Nowym Świecie, doszło do brutalnego ataku. 29-letni gitarzysta Maciej H., który przebywał wówczas na popularnym deptaku, miał być świadkiem, jak grupa mężczyzn zaczepia kobiety i rzuca w ich stronę kostkami lodu z drinków. Mężczyzna zwrócił im uwagę, wówczas doszło do bójki. W jej trakcie został śmiertelnie ugodzony nożem. Ranny dotarł jeszcze do pobliskiego sklepu, gdzie wykrwawił się na podłodze. Początkowo służby ujęły w tej sprawie Łukasza G. i Sebastiana W., których Sąd Apelacyjny w Warszawie skazał prawomocnie na siedem lat więzienia za udział w bójce, której skutkiem była śmierć człowieka. Obaj byli już wcześniej karani. Głównym podejrzanym został jednak niejaki Dawid Mirkowski, były zawodnik mieszanych sztuk walki, wcześniej niekarany. Mężczyzna uciekł przed wymiarem sprawiedliwości do Turcji, wykorzystując dowód osobisty swojego brata. Mężczyznę udało się zatrzymać w marcu 2023 roku, natomiast w grudniu kolejnego roku zrealizowano ekstradycję mężczyzny i Mirkowski finalnie trafił do polskiego aresztu.
Podczas procesu przed warszawskim sądem padło wiele szokujących szczegółów wydarzeń na Nowym Świecie. 23-letnia znajoma zamordowanego chłopaka wspominała, że tamtej nocy jej kolega zareagował, gdy grupka mężczyzn rzuciła w nią kostkami lodu. – Wywiązała się kłótnia. W pewnym momencie przerodziła się w bójkę trzech osób przeciwko jednej osobie. Dalej udało się agresorom zapędzić Maćka w róg bramy i zwalić go z nóg. Był kopany po głowie i brzuchu – relacjonowała. Reakcja innych ludzi pozwoliła przerwać atak, wtedy napastnicy oddalili się, ale stan chłopaka okazał się bardzo poważny. - Widziałam, jak krew leci mu po plecach. Ktoś zaprowadził go do sklepu monopolowego. Wszedł tam i upadł – wskazała kobieta. Pracownik wspomnianego sklepu, który również zeznawał przed sądem, opisywał że widział krew na twarzy chłopaka. Gdy mężczyzna upadł na posadzkę, wraz z koleżanką ze zmiany wyprosili innych klientów, wezwali pogotowie i zaczęli opatrywać 29-latka. W pomoc włączyła się też przechodząca w pobliżu kobieta, która powiedziała, że jest lekarzem. Gdy ratownicy medyczni przybyli na miejsce i zabierali pokrzywdzonego, miał on być już siny na twarzy. W maju 2026 roku podczas mów końcowych prokurator Szymon Banna przekonywał, że zgromadzony materiał dowodowy jednoznacznie wskazuje na winę Dawida Mirkowskiego w sprawie śmierci 29-letniego Macieja H. - Wyraźnie widać, kiedy doszło do uderzenia Macieja. Widać, jak Dawid sięga do kieszeni po nóż - mówił przed sądem odnosząc się do nagrania z monitoringu. Widać na nich brutalny atak na pokrzywdzonego i „serię pchnięć charakterystycznych dla ciosów nożem”. - Pokrzywdzony wierzgał nogami, walczył o życie - mówił prokurator. Według śledczych to Mirkowski był najbardziej agresywnym uczestnikiem bójki. - Oskarżony miał najdłuższy kontakt z ofiarą, był najbardziej agresywny i przylegał do ciała pokrzywdzonego podczas zajścia, które przypominało raczej „karczemną burdę”, a nie walkę - przekonywał prokurator. Sam oskarżony zeznał, że nie chciał nikogo zabić. Twierdził, że „od zawsze konflikty rozwiązuje rozmową”, ale po pierwszym uderzeniu „obudził się w nim instynkt i wdał się w szarpaninę”. - Maciej nie zmarł od mojego ataku, a od ran nożem – podkreślał, umniejszając swój udział w zdarzeniu. Oskarżony zapewniał również, że po bójce pokrzywdzony wyglądał na osobę, która nie potrzebuje pomocy. – Widziałem, że wstał i odszedł. Wydawało mi się, że jest z nim dobrze – podnosił. Przeciwko Mirkowskiemu świadczyły jednak zeznania świadków, które przeczyły jego teoriom, w tym między innymi kobiety widzącej bójkę oraz szefa ochrony jednego z klubów, w którym przed zbrodnią imprezował oskarżony. Zachowanie Mirkowskiego podczas procesu było ponadto mocno kontrowersyjne. Mężczyzna nie przeprosił za swoje zachowanie i nie wyraził skruchy, za to uciekł z kraju, utrudniając prowadzone śledztwo. Po wyjściu z ostatniej rozprawy przed ogłoszeniem wyroku puścił oczko do swoich kolegów obecnych w sądzie. Wyraźnie nie wyglądał na osobę przejętą śmiercią młodego człowieka, ani nawet na człowieka zagrożonego wieloletnim więzieniem. Poprosił jedynie o sprawiedliwy wyrok. Prokurator żądał dla niego 25 lat pozbawienia wolności. Obrona wnosiła o uniewinnienie od zarzutu zabójstwa, podważając kluczowy dowód w sprawie, jakim było nagranie z monitoringu. Pełnomocnik oskarżonego dowodził, że na filmie nie widać ostrza noża, o którego użycie był oskarżony Mirkowski. Prokurator wskazywał jednak na fragment filmu, na którym widać, że podczas bijatyki podejrzany sięga do tylnej kieszeni i coś z niej wyjmuje. Miał to być nóż sprężynowy, o którego użyciu świadczą rany na ciele ofiary.
Ostateczna decyzja, w odniesieniu do wniosków wszystkich stron postępowania, zapadła finalnie 9 czerwca 2026 roku. Warszawski sąd uznał wówczas Dawida Mirkowskiego za winnego śmierci ofiary w centrum Warszawy i wymierzył mu karę 25 lat więzienia. Mężczyzna będzie też musiał zapłacić 100 tysięcy złotych zadośćuczynienia dla bliskich poszkodowanego. - Wyrok jest sprawiedliwy, dlatego że absolutnie oddaje po pierwsze ideę sprawiedliwości, a po drugie jest osadzony w realiach niniejszej sprawy. Sąd, jak usłyszeliśmy w ustnych motywach orzeczenia, bardzo szczegółowo przeanalizował każdy element, każdy materiał dowodowy, nawet najdrobniejszy – wskazywał prokurator Michał Gołda. - To zdarzenie spowodowało ogrom cierpienia. To cierpienie będzie zawsze, bo wspomnienia pozostaną. Mimo że wyrok, który został wydany, jest wyrokiem surowym i sprawiedliwym, to poczucie krzywdy pozostanie. To uczucie straty po bliskiej osobie również – dodawała pełnomocniczka rodziny ofiary.
Wyrok, który zapadł w czerwcu 2026 roku, jest wyrokiem nieprawomocnym i przysługuje od niego odwołanie. Zapewne obrona Dawida Mirkowskiego takowe złoży, a wówczas sprawa trafi ponownie na wokandę. Zanim to się jednak wydarzy, w mocy pozostaje pierwotna decyzja sądu.
Wiktoria z Bytomia
Zapadła ostateczna decyzja w sprawie zabójstwa 18-letniej Wiktorii z Bytomia. 11 sierpnia 2023 roku nastolatka wybrała się na imprezę. Następnego dnia, 12 sierpnia, po całonocnej zabawie miała wrócić do domu. Poszła na przystanek w Katowicach i czekała na autobus, który zabrałby ją do rodzinnego Bytomia. Niespodziewanie podszedł do niej wówczas 19-letni Mateusz H., postanowił ją poderwać. Nie wiadomo, o czym dokładnie rozmawiali, ani co Mateusz powiedział Wiktorii. Udało mu się jednak nakłonić dziewczynę do tego, by zmieniła swoje plany. Wsiadł razem z nią do autobusu i pojechali – ale nie w kierunku Bytomia, a do znajdującego się niedaleko od tego miasta Radzionkowa, gdzie 19-latek wynajmował mieszkanie, przy ulicy Kużaja. Według nieoficjalnych medialnych doniesień, w malutkim mieszkaniu miało dojść do intymnego zbliżenia pomiędzy sprawcą a jego ofiarą. Później okazało się, że Mateusz wykorzystał Wiktorię bez jej zgody, a następnie zarzucił 18-latce linkę na szyję i udusił dziewczynę. Nie miał żadnej litości. Jego ofiara nie zdążyła się nawet obronić, została brutalnie zamordowana. To, że Wiktoria nie walczyła ze sprawcą, potwierdziły oględziny zwłok. Uduszenie nastąpiło nagle, gwałtownie, gdy zasnęła.
Po zaledwie dobie od rozpoczęcia poszukiwań, w sobotę po południu odnaleziono ciało Wiktorii. Wezwano jej rodziców, którzy zidentyfikowali zwłoki córki. Mateusz H. miał udusić ją w mieszkaniu, które wynajmował w centrum Radzionkowa, a później sam zadzwonić do Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Poinformował pracownika, który odebrał telefon, że udusił kobietę, a teraz zamierza odebrać sobie życie. Machina poszukiwawcza ruszyła natychmiast. Gdy śledczy dotarli do mieszkania wynajmowanego przez 19-latka, ich oczom ukazał się makabryczny widok. Ciało 18-letniej Wiktorii było zawinięte w folię, sprawca schował je do worka i spryskał pianką. 19-letni mężczyzna zdążył uciec z mieszkania przed przybyciem patrolu. Wcześniej wysłał jeszcze SMS-a do rodziców ofiary, w którym udawał, że z Wiktorią wszystko w porządku i na pewno wróci do domu. Treść wiadomości wysłanej do mamy 18-latki miała brzmieć: „Dzień dobry, nazywam się Mateusz. Wiktoria jest u mnie, niedługo wróci do domu”. Jak już wiemy, bezczelnie kłamał.
Mimo ucieczki, mężczyzna został szybko złapany – funkcjonariusze znaleźli go już następnego dnia, w niedzielę rano, na działkach w Radzionkowie. Chłopak został aresztowany. Podczas składania zeznań przyznał się do zabicia nastolatki i tłumaczył, że zrobił to, ponieważ poczuł nagłą potrzebę zabicia, bo tak mówił mu głos w jego głowie. Mateusz H. podczas składania zeznań miał powiedzieć również, że żałuje tego, co się stało i gdyby mógł cofnąć czas, to zrobiłby to i nie powtórzył tego makabrycznego czynu. 27 maja 2026 roku przed Sądem Apelacyjnym w Katowicach zapadł ostateczny wyrok w jego sprawie.
Wymiar sprawiedliwości skazał Mateusza H. na dożywocie za wykorzystanie oraz zamordowanie młodej Bytomianki. Orzeczenie utrzymuje w mocy decyzję sądu niższej instancji. Jedyna zmiana dotyczy tego, co stanie się z chłopakiem po 40 latach odsiadki – otóż może on zostać wówczas przeniesiony do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. – Sąd nie uwzględnił apelacji obrony. Linia oskarżonego polegająca na twierdzeniu, że odbył on stosunek płciowy z pokrzywdzoną już po jej śmierci jest sprzeczna z ustaleniami, jakie w swej opinii przedstawili biegli. Ich zdaniem obrażenia, jakie miała pokrzywdzona, musiały powstać podczas stosunku jeszcze za jej życia. Opinia biegłych jest kompletna i wyczerpująca, biegli nie mają co do tego żadnych wątpliwości – uzasadniał wyrok sędzia Aleksander Sikora.
Jak podkreślał w ustnym uzasadnieniu wyroku, 18-letnia Wiktoria zginęła wyłącznie dlatego, że oskarżony miał taki kaprys. Mateusz H. sam przyznał, że od dłuższego czasu planował zabicie człowieka i było mu obojętne, kto stanie się jego ofiarą. O życiu młodej kobiety miał zdecydować rzut monetą. Sąd podkreślił, że mimo młodego wieku sprawcy nie ma żadnych podstaw do łagodzenia kary. W ocenie składu orzekającego jedynie dożywotnie pozbawienie wolności, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 40 latach, może skutecznie chronić społeczeństwo przed oskarżonym. Zwolnienie do zamkniętego zakładu psychiatrycznego, nie na wolność, rzecz jasna. Sędzia zaznaczył, że takie obostrzenie wprowadzono ze względu na stwierdzone u Mateusza H. skłonności sadystyczne oraz zaburzenia, więc konieczne było zastosowanie środka zabezpieczającego.
- W ocenie prokuratury wyrok jest słuszny. Sąd w pełni podzielił naszą apelację. Z uwagi na ciężar gatunkowy przestępstwa, które oskarżony popełnił, kara dożywotniego więzienia z możliwości przedterminowego zwolnienia po 40 latach jest kara sprawiedliwą. Środki zabezpieczające, które orzeczono, będą mogły być wykonywane dopiero po odbyciu kary, czyli co najmniej po 40 latach – mówiła prokurator Barbara Wilmowicz z Prokuratury Rejonowej w Tarnowskich Górach.
Toczące się postępowanie sądowe wywołało ogromne poruszenie na terenie całego kraju. Najważniejsze informacje o motywach oskarżonego przyniosła rozprawa z marca 2026 roku, gdy swoje analizy zaprezentowali powołani eksperci. Specjaliści medyczni zdiagnozowali u sprawcy skłonności o podłożu sadystycznym. Śledztwo potwierdziło definitywnie, że tragiczny finał spotkania nie był jedynie chwilowym impulsem, lecz zaplanowaną realizacją mrocznych fantazji mordercy. W ocenie składu orzekającego skrajne okrucieństwo i brak szacunku dla ludzkiego życia absolutnie wymagały orzeczenia najsurowszej kary przewidzianej w polskim prawie.
Tym samym, już prawomocnie, Mateusz H. został skazany na dożywotnie więzienie.