Od tej brutalnej rozprawy z 87-letnią seniorką minął rok. We wtorek, 25 sierpnia w Sądzie Okręgowym w Sosnowcu spotkali się bliscy, wciąż przeżywający okrutną śmierć swej ukochanej babci i matki oraz jej bezwzględny oprawca.
Babcia była aniołem. Miała dla wszystkich tyle serca. Na złotej tacy dawała każdemu, kto potrzebował. Była jeszcze w dobrej formie. Nie chciała jakiejś specjalnej opieki. Mogła żyć – mówiła ze łzami w oczach najstarsza wnuczka pani Zuzi, Monika Gajczewska, która na pierwszą rozprawę w procesie Piotra B. przyjechała z Tarnowa.
Z babcią rozmawiałam ostatni raz 10 sierpnia ub. r. Dziesięć dni przed morderstwem. Babcia miała we wrześniu do mnie jechać na jakiś czas. Mówiła mi wtedy, że jak przyjedzie to ma mi wiele rzeczy do powiedzenia. Widziałam, że jest troszkę taka zdenerwowana. Jakby się go bała. A my na początku w ogóle go nie podejrzewaliśmy. Dopiero, gdy się dowiedziałam, że on pożyczał pieniądze od babci, to wiedziałam, że to on. To taki typ spod ciemnej gwiazdy. Nie wiemy zupełnie dlaczego to zrobił. Dlaczego ją tak potraktował. Wiemy, że na pewno siedział w kuchni, a babcia robiła mu jedzenie i herbatę, kiedy prawdopodobnie została zaatakowana – dodawała wnuczka.
Do sądu przyszli też wnuk Michał Spich oraz Stanisław Spich, syn ofiary. To oni znaleźli ciało potwornie skatowanej matki i babci.
Cały czas mam przed oczami ten widok. Mama miała w szyję wbity nóż. Wszędzie było mnóstwo krwi, a w mieszkaniu panował totalny bałagan. Wszystko powywracane – mówił na sali rozpraw pan Stanisław, który jest oskarżycielem posiłkowym w procesie.
Zawsze jak byłem w Gołonogu, to dzwoniłem do mamy i przyjeżdżałem. Wtedy nie odebrała telefonu, był nieczynny. Dlatego podjechałem pod blok. Wszedłem na klatkę. I zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi. (…) Odczekałem jakiś moment. Pomyślałem, że może poszła do sklepu. Wsiadłem do auta i pojechałem do domu, ale po drodze zadzwoniła siostra mamy, że od dwóch dni telefon nie odpowiada. Powiedziałem, że zadzwonię do Michała (wnuczka - przyp. red.), bo on miał klucze do babci, żeby podjechał i zobaczył, co się stało. Powiedział mi, że będzie za godzinę i da mi znać. Tyle co wszedłem do domu, Michał dzwonił. Był wystraszony. Drzwi były zamknięte na dolny zamek, mówił, a tego moja nigdy mama nie robiła. Otworzył drzwi do przedpokoju, świeciło się tam światło, co też nie było w zwyczaju mamy. Widział porozrzucane rzeczy. Powiedział mi: „wujek, ja się boję wejść, coś się stało”. Powiedziałem, że zaraz tam będę. Pojechałem. Michał czekał przed klatką. Wspólnie weszliśmy. Był bałagan. Pierwsze kroki był do dużego pokoju. I tam był dopiero kipisz. Wszystko powyrzucane z szafek. Totalny bałagan. Wychodziliśmy z pokoju do kuchni. Michał krzyczy: „Wujek, babcia leży!” – relacjonował straszną chwile, gdy znaleźli ciało seniorki.
Podejrzewaliśmy, że mogło coś się stać, bo od kilku dni nie było z nią kontaktu, ale już raczej, że zasłabła albo coś podobnego – wtórował wujkowi pan Michał.
Piotra B. na salę rozpraw doprowadzili policjanci w kajdankach na nogach i rękach. Prokuratura oskarżyła go o zbrodnię ze szczególnym okrucieństwem. 20 sierpnia ub. r. Piotr B. przyszedł do mieszkania na parterze bloku przy ul. Wybickiego w Gołonogu – dzielnicy Dąbrowy Górniczej.
Pani Zuzanna znała go, pożyczała mu czasem nieduże kwoty. Tym razem jednak seniorka została zaatakowana nożem i zamordowana. W czasie sekcji zwłok lekarze doliczyli się 38 ran ciętych i kłutych, głównie w okolicy latki piersiowej głowy i szyi. Poranione ręce kobiety świadczyły o tym, że próbowała się rozpaczliwie bronić przed omotanym żądzą mordu Piotrem B.
Po odczytani aktu oskarżenia nie przyznał się do zawartych w nim zarzutów. Postanowił jednak uzupełnić swe wcześniej złożone zeznania. Miał je przygotowane na kilku kartkach.
20 sierpnia zadzwoniłem od niej, byłem umówiony na oddanie długu, nie chciałem w ten dzień pożyczyć żadnych pieniędzy. Gdy odwoziłem ją kiedyś z urodzin mojej córki, sama zaproponowała, że jeśli kiedyś będę miał jakiś problem, to mam zadzwonić, podała numer telefonu – zaczął swą wersje wydarzeń Piotr B.
Drzwi do klatki schodowej były otwarte, podparte jakimś kamieniem, pamiętam, bo nie dzwoniłem domofonem. Pukałem trzy razy, nie pamiętam czy drzwi były uchylone, czy nacisnąłem na klamkę, wszedłem do środka i skierowałem się w stronę kuchni i dużego pokoju. Potem zauważyłem Zuzannę jak leżała w kuchni pod oknem. Chcę podkreślić, że jak składałem wyjaśnienia w prokuraturze, to byłem zestresowany, w szoku, całą sytuacją, która wydarzyła się na komendzie. Poszedłem do niej, wydaje mi się, że dotknąłem jej klatki piersiowej. Nie wyczuwałem, żeby oddychała, byłem wystraszony tym, co się stało nigdy nie widziałem z takiej odległości zmarłego człowieka. Próbowałem sprawdzić, czy oddycha, zauważyłem, że moja ręka jest delikatnie ubrudzona krwią, wytarłem ją i postanowiłem opuścić to mieszkanie, widziałem, że był bardzo duży bałagan w mieszkaniu, wziąłem stamtąd czarną torbę, do niej rzuciłem szmatę, w którą wycierałem rękę. Nie pamiętam czy torba była wzięta z salonu czy przedpokoju. Nie sprawdzałem też co jest w środku – opowiadał Piotr B.
Mężczyzna według jego własnych słów, miał potem po prostu wyjść z mieszkania, nie zamykając drzwi. Wsiąść w auto i jakiś czas jeździć po mieście.
Nie wydaje mi się, żebym długo jeździł, chwilę ochłonąłem, postanowiłem wrócić do mieszkania i zawiadomić policję, ale drzwi do bloku były już zamknięte. W końcu nie powiadomiłem policji – snuł opowieść oskarżony.
Nico później zadzwonił od niego znajomy. Krzysztof P. zaprosił Piotra B. na grilla. Oskarżony ochoczo na propozycję przystał. Spotkali się najpierw przy garażu należącym do znajomego.
Rozmawialiśmy o zwykłych rzeczach, codziennych, piliśmy piwo. Krzysztof poczęstował mnie amfetaminą. Zwrócił uwagę, że mam brudną koszulkę. Po tym jak zwrócił mi uwagę, na brudną koszulkę, zobaczyłem, ze jest brudna prawdopodobnie od krwi. Krzysztof zaproponował, że może dać mi inną koszulkę. Wziąłem ją od niego i zdjąłem tę brudną. Nie mówiłem mu co się stało. Nie był moim przyjacielem bliskim, tylko znajomym, z którym się spotykałem, żeby się napić. Powiedziałem mu, że brałem udział w bójce – opisywał godziny po mordzie Piotr B.
Wreszcie obaj panowie postanowili iść do domu Krzysztofa P., gdzie mieli zamiar rozpocząć wspomnianego grilla. Samochód B. został pod garażem. Piotr B., niejako po drodze, wyrzucił ubrudzoną krwią koszulkę.
Drogę wybrał Krzysztof. Był umówiony przed parkiem na parkingu. Mówił, że pójdzie tam sam, a ja czekałem na mostku, przed tym parkiem. Stojąc tam wyrzuciłem koszulkę, którą wcześniej przebrałem. Nie wiem, czy Krzysztof to widział. Później udaliśmy się do niego na grilla. Gdy skoczyła się wódka, dał mi pieniądze, żebym poszedł do sklepu. Wracając ze sklepu wziąłem swoje auto i pojechałem nim do Krzysztofa. Po jakimś czasie Krzysztof zapytał, czy może zawieźć mamę do sklepu moim autem. Nie było ich ok. 40 minut. W pewnym momencie Krzysztof poszedł spać, ja natomiast spałem w samochodzie, zauważyłem wtedy, że w torbie ktoś grzebał, nie wiem, czy to był Krzysztof – stwierdził mężczyzna.
Zabawa skończyła się następnego dnia. Do domu Krzysztofa P. wpadła policja, powaliła na ziemię Piotra B., zakuła go w kajdanki i przewiozła na komisariat.
Byli brutalni, wykręcili mi ręce. Policja cały czas zachowywała się brutalnie. Nawet jak pojechaliśmy na SOR do szpitala i lekarz pobierał mi próbki spod paznokci, chciałem, żeby mi zrobiono obdukcję, gdyż miałem ból w klatce piersiowej i w obojczyku prawym, to powiedzieli że ten lekarz nie jest od tego, i że nie potrzeba mi obdukcji, bo oni stosowali wobec mnie tylko chwyty transportowe. Byłem przez policję bity i poniżany, nie złożyłem jednak żadnej skargi, bo byłem w dużym szoku - utrzymuje Piotra B.
„Szok” to słowo, którego zabójca używa nader chętnie. Tłumaczy nim właściwie wszystko, co stało się tragicznego 20 sierpnia ub. r. w Dąbrowie Górniczej.
Czyli nie przyznaje się pan do zabójstwa, ale przyznaje się do jazdy pod wpływem alkoholu, zażywania narkotyków i do niezawiadomienia policji – dopytywał sędzia Adam Chmielnicki Piotra B.
Tak, przyznaję się. I jeszcze do tego, że prowadziłem auto bez uprawnień – odpowiadał oskarżony.
Sędzie wypytywał dalej. Chciał wiedzieć, dlaczego Piotr B. nie pamięta szczegółów z mieszkania. Nie potrafi powiedzieć, w jakiej pozycji zastał ciało pani Zuzanny. Jak to się stało, ze nie zapadła mu w pamięć tak makabryczna scena.
Jedyna odpowiedź, że nie pamiętam szczegółowy to to, że byłem w szoku. Nie na co dzień się widuje takie rzeczy. Nie wiem nawet, jak sprawdzić puls, wiem jedynie, w jakich okolicach – stwierdził Piotr B.
Powiedział pan, że był w szoku, mówił, że nie miał wcześniej do czynienia z takimi widokami, a u kolegi rozmawialiście o zwykłych, codziennych rzeczach. Nie widzi pan kontrastu z tym co się stało, a wy rozmawialiście o zwyczajnych rzeczach – dopytywał przewodniczący składu sędzia Piotr Horzela.
Krzysztof mi po prostu opowiadał o swojej pracy, poza tym wydaje mi się, że zdążyłem się już trochę uspokoić – zeznał oskarżony.
Powiedziałem koledze, że brałem udział w bojce, bo on zauważył, że mam koszulkę we krwi, a ja uznałem, że nie jest odpowiednią osobą, żeby mu mówić, co się stało – dodawał Piotr B.
A dlaczego wyrzucił pan koszulkę, jak to się stało, że miał pan klucze do mieszkania ofiary – dociekał sędzia Chmielnicki.
Nie zastawiałem się nad tym, dlaczego wyrzuciłem koszulkę. Z tego co wiem, to w aucie były klucze, które pasowały do mieszkania pokrzywdzonej. Musiały być w torbie, którą wziąłem z mieszkania. Nie wiedziałem, że są w tej torbie. Na pewno nie zamykałem mieszkania na klucz – zapewniał oskarżony.
Piotrowi B, grozi dożywotnie więzienie.