- Patrycja urządza parapetówkę w nowym mieszkaniu i zaprasza rodziców oraz współpracowników
- Ojciec przynosi magnetowid i kasetę VHS z napisem „Patrysia przedszkole”, nie pytając o zgodę
- Przy telewizorze leci nagranie z jasełek, płaczu i głosów wujków zza kamery
- Wśród gości siedzi szef Patrycji, z którym w poniedziałek ma rozmowę o awansie
- Szef cytuje wierszyk w pracy, bo dostał od ojca cyfrową wersję nagrania
Mieszkanie jeszcze pachniało farbą, a ja chciałam wypaść jak najbardziej profesjonalnie
Mieszkanie było jeszcze trochę gołe, jak to świeżo po przeprowadzce. W przedpokoju stały dwa kartony z napisem „kuchnia”, a w salonie dywan, który kupiłam na ostatnią chwilę, żeby nie było echa. Na blacie w aneksie chłodziło się białe wino, a ja byłam z siebie dumna, bo sama to wszystko ogarnęłam.
Z pracy zaprosiłam trzy osoby, w tym Tomka, mojego przełożonego. Mieliśmy rozmowę o awansie, więc chciałam wypaść stabilnie, normalnie, jak ktoś, komu można dorzucić więcej odpowiedzialności. Brzmi jak z prezentacji, ale dokładnie to miałam w głowie, kiedy układałam serwetki.
Rodzice mieli być tylko miłym tłem. Mama obiecała sałatkę jarzynową, tata miał przywieźć tort z cukierni, tej samej, z której brał ciasta na moje urodziny. Na parapetówce chciałam po prostu być Patrycją, specjalistką od ubezpieczeń, a nie „Patrysią”, którą ktoś kiedyś wycierał po nosie w rękaw.
Ojciec wszedł z reklamówką pełną kabli i już wiedziałam, że będzie problem
Najpierw przyszli ludzie z pracy. Było grzeczne „cześć”, buty pod ścianą i komplementy o metrażu. Tomek stanął przy oknie i powiedział, że mam „świetne światło”, a ja od razu poczułam ulgę, jakby to był dobry znak. Mama weszła chwilę później z miską jarzynowej, od razu zaczęła poprawiać mi ręczniki w łazience.
Ojciec spóźnił się jakieś dziesięć minut, ale jak już wszedł, to od razu zrobiło się głośno. W jednej ręce trzymał pudełko z tortem, a w drugiej reklamówkę tak wypchaną, że aż trzeszczała. Zanim jeszcze zdjął kurtkę, powiedział głośno: „Mam niespodziankę. Zobaczycie, jaka ona była śmieszna!”
Podeszłam, żeby przejąć od niego tort, a on już wyciągał z reklamówki magnetowid. Taki stary, czarny, z klapką na kasetę, jak z moich wspomnień o sobotnich bajkach. Za nim pojawiła się kaseta VHS z naklejką, na której krzywo, grubym długopisem było napisane: „Patrysia przedszkole”.
Zamarłam z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Otworzyłam usta, żeby powiedzieć: „Tato, nie”, ale akurat ktoś z pracy zapytał o kredyt, mama wcisnęła mi w ręce talerzyki, a ojciec już przykucał przy szafce RTV. I to było jak patrzenie na pociąg, który już ruszył, a ty nie masz jak go zatrzymać.
Zanim zdążyłam zaprotestować, na ekranie pojawiłam się ja, mała, w stroju anioła
Ojciec podłączył magnetowid do telewizora tak pewnie, jakby robił to codziennie. Kable plątały się po podłodze między butelkami wina, a on tylko mruknął: „No i patrzcie, działa”. Ekran mignął na niebiesko, potem na szaro, aż w końcu pojawił się obraz jak z innej epoki.
Widziałam siebie, pięcioletnią, z watą przyczepioną do sukienki, z aureolą przekrzywioną na bok. Stałam w sali przedszkola i miałam powiedzieć wierszyk, tylko że coś mi się pomyliło. Z głośników poleciał mój płacz, ten wysoki, dziecinny, a potem głos wujka zza kamery: „No powiedz, Patrysia, no nie becz!”
W salonie zrobiło się dziwnie cicho. Ktoś parsknął śmiechem, ktoś inny odchrząknął, a ja poczułam, jak palce zaciskają mi się na kieliszku. Spojrzałam na Tomka. Uśmiechał się szeroko, jakby to było naprawdę rozczulające.
Chciałam podejść i wyłączyć telewizor, ale ojciec stał przy pilocie, jakby prowadził seans. Zadowolony, lekko pochylony do przodu, jakby chciał wyłapać każdy szczegół. Zamiast mnie, wszyscy patrzyli na ekran, a ja stałam z boku i czułam się jak gość na cudzej imprezie.
Przy stole próbowałam udawać luz, a ojciec tylko dokładał swoje
Wyłączyłam to dopiero po kilku minutach, kiedy nagranie przeskoczyło na jakieś ujęcie, gdzie dzieci biegły w kółko, a w tle leciał śmiech dorosłych. Zrobiłam to szybko, tak jak się zamyka okno, gdy wpadnie do środka zimno. Palnęłam coś w stylu: „Dobra, starczy tych atrakcji”, i uciekłam do kuchni, niby po talerzyki.
Ojciec tylko się roześmiał i klepnął mnie po ramieniu. „Ale śliczna byłaś, no, mówię wam, ona zawsze była taka wrażliwa”, rzucił w stronę stołu. Tomek odpowiedział: „Widać, że miała charakter już wtedy”, i to zdanie zabrzmiało jak coś, co można później wpleść w rozmowę o awansie.
Przy jedzeniu próbowałam trzymać tempo rozmowy na bezpiecznych tematach. Ktoś opowiadał o remontach, ja o tym, jak długo czekałam na ekipę od płytek. Ojciec co chwilę dorzucał swoje: „A pamiętasz, jak…”, „A pokażę wam jeszcze…”. A ja za każdym razem miałam ochotę zniknąć pod stołem.
W pewnym momencie zobaczyłam, że kaseta leży przy telewizorze, obok pilota. Ta biała naklejka z „Patrysia przedszkole” świeciła mi w oczy jak znak ostrzegawczy. Wstałam niby po wodę, ale tak naprawdę przesunęłam ją dyskretnie za doniczkę na parapecie.
Następnego dnia w pracy szef przywitał mnie tym wierszykiem i mnie zamurowało
Następnego dnia przyszłam do pracy wcześniej, w marynarce, którą zakładałam tylko na ważne spotkania. W windzie powtarzałam w głowie liczby i argumenty, jakbym miała zaraz zdawać egzamin. Kiedy weszłam do open space’u, Tomek już stał przy ekspresie, trzymał kubek i patrzył na mnie z takim rozbawieniem, jakbyśmy mieli wspólny sekret.
Powiedział do mnie: „A nie becz, Patrysia, no powiedz”. Dokładnie tym tonem, co głos na nagraniu. Zatrzymałam się jak wryta, a koleżanka obok udawała, że nie słyszy, ale widziałam, jak jej usta drgnęły.
- Skąd ty to…? - zapytałam, niby żartem, ale głos mi się załamał.
- Twój tata to złoty człowiek. Poprosiłem go o filmik, bo to urocze. Nawet mi wysłał link, bo mówił, że z kasety ciężko. Odpowiedział zupełnie swobodnie, jakbyśmy gadali o przepisie na sernik.
Zrobiło mi się zimno w karku. Ojciec nie tylko puścił to bez pytania, on jeszcze uznał, że to świetny pomysł, żeby mój szef miał to u siebie, w telefonie, na zawsze. I nagle przestało to być tylko wstydliwe wspomnienie. Zrobiło się z tego coś, co może mi wrócić w najmniej odpowiednim momencie.
„Spakowałam mu tort na drogę i powiedziałam, że moje historie są moje”
Po pracy pojechałam do rodziców, bo wiedziałam, że przez telefon się rozkleję albo nakrzyczę i będzie tylko gorzej. Ojciec otworzył drzwi w kapciach, zadowolony, jakby nic się nie stało. „No i jak tam parapetówka? Fajnie było, co?” zapytał, a ja zobaczyłam w przedpokoju magnetowid, już schowany. Stał tam jak zwykły sprzęt, a dla mnie to była tykająca bomba.
Usiadłam przy ich kuchennym stole, tym samym, przy którym odrabiałam lekcje. Na blacie leżał nóż i resztki jakiegoś ciasta, a w powietrzu pachniało herbatą. Powiedziałam spokojnie, że Tomek przywitał mnie cytatem z nagrania i że ma link do filmu.
- No poprosił, to mu wysłałem. Co w tym złego? Przecież to miłe wspomnienie. - Ojciec tylko wzruszył ramionami.
- Tato, to nie było miłe. To było moje. I to była impreza z ludźmi z pracy. Nie zapytałeś mnie ani razu - powiedziałam i poczułam, że drżą mi ręce, więc schowałam je pod stołem.
Przez chwilę patrzył na mnie, jakby pierwszy raz zobaczył, że mam trzydzieści cztery lata, a nie pięć. Potem spuścił wzrok i mruknął coś o tym, że „chciał dobrze” i że „taki już jest”. Nie miałam siły rozbierać tego na części.
Wzięłam kasetę VHS, tę z naklejką „Patrysia przedszkole”, i wsunęłam do torebki. Z lodówki wyjęłam resztę tortu, zapakowałam mu dwa kawałki do pudełka i podałam. Czułam się, jakbym domykała jakąś umowę. Na odchodne powiedziałam tylko, że od teraz historie z mojego życia będę opowiadać sama. Kiedy będę chciała i komu będę chciała.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.