"Syn zadzwonił, że rzuca robotę"
Dzwoni syn, akurat obiad jadłem. Zawsze się cieszę na jego telefon, bo odkąd się wyprowadził, to nieczęsto dzwoni. Ale od razu słyszę, że coś jest nie tak. W głosie miał takie dziwne podniecenie.
– "Zrobiłem to, tato. Rzuciłem tę robotę" – powiedział, jakby mi co najmniej medal olimpijski zdobył.
Zatkało mnie. Widelec z ziemniakiem zatrzymał się w pół drogi. Paweł miał dobrą posadę w firmie komputerowej, dobrze płatną, z przyszłością. Człowiek całe życie tyrał, żeby dzieciakom było lżej, żeby miały lepszy start. A ten mi mówi, że to wszystko rzuca.
– "Paweł, co ty gadasz? Co się stało?" – spytałem spokojnie, chociaż już się we mnie gotowało.
– "Nie chcę już być w tym wyścigu szczurów. To puste, tato. Kasa to nie wszystko" – i zaczął mi nawijać. Przez dziesięć minut słuchałem o tym, że korporacja go zniewala i że on musi żyć w zgodzie z naturą. Słuchałem i nie wierzyłem.
"Poprosił o klucze do domu po rodzicach"
Myślałem, że to taki wybryk. Że pojedzie sobie w góry na tydzień, odpocznie i wróci do normalności. Ale on już miał cały plan. Tydzień później przyjechał. Usiedliśmy w kuchni, a on zaczął mi tłumaczyć.
– "Wiesz, tato, ten dom po dziadkach stoi pusty. Pomyślałem, że mógłbym tam na razie zamieszkać" – zaczął ostrożnie.
Trochę mnie to ruszyło. Dom po moich rodzicach. Tyle wspomnień. Od ich śmierci zaglądam tam tylko, żeby skosić trawę i sprawdzić, czy nic się nie dzieje. Pusto tam i smutno. Może to i dobry pomysł, pomyślałem. Chłopak będzie miał gdzie mieszkać, domu przypilnuje.
– "Ale nie sam" – dodał szybko. – "Chcemy tam zrobić taką małą komunę. Ja, Kasia, Marek... Kilka osób. Będziemy uprawiać warzywa, żyć prosto, bez tej całej spiny".
Od razu mi się zapaliła czerwona lampka. Jaka komuna? Jacy znajomi? W domu, gdzie każdy mebel to pamiątka po ojcu i matce?
– "A z czego wy się tam utrzymacie, co? Kto zapłaci za prąd, za wodę, za ogrzewanie zimą?" – zapytałem, starając się panować nad sobą.
Spojrzał na mnie z wyrzutem. Jakbym był jakimś bezdusznym materialistą.
– "Myślałem, że nam pomożesz na start. Przecież i tak płacisz rachunki za ten dom. Dla ciebie to żadna różnica".
I wtedy zrozumiałem. Chciał, żebym ja finansował jemu i jego koleżkom zabawę w ekologiczne życie.
– "Nie ma mowy" – powiedziałem twardo. – "Dom to jedno, ale ja nie będę sponsorował bandy dorosłych ludzi, którym się robić nie chce".
Trzasnął drzwiami i tyle go widziałem. Na odchodne rzucił tylko, że go nie rozumiem i że dla mnie liczy się tylko kasa.
"Sąsiad zadzwonił, że ktoś się kręci koło domu"
Przez miesiąc cisza. Paweł nie odbierał telefonów. Myślałem, że mu przejdzie. Że może znalazł jakąś pracę, wynajął pokój. Czekałem, aż sam się odezwie. Naiwny byłem.
W zeszły piątek zadzwonił pan Heniek, sąsiad rodziców. Starszy pan, ma oko na całą ulicę.
– "Panie Andrzeju, dzień dobry. Bo ja nie wiem, czy pan wie, ale u pana w domu to od kilku dni ruch jak na jarmarku. Jacyś młodzi się kręcą, kontenery na gruz podstawili, coś tam wynoszą" – powiedział jednym tchem.
Nogi się pode mną ugięły. Jaki kontener? Jaki gruz? Przecież nikt nie miał kluczy. Oprócz mnie. I wtedy do mnie dotarło. W szufladzie z gratami od lat leżał zapasowy komplet. Musiał je zabrać, jak ostatnio był.
Nic żonie nie powiedziałem, wsiadłem w auto i pojechałem. Te 40 kilometrów to była wieczność. W głowie miałem same czarne myśli.
"A oni tam wyrywali deski z podłogi"
Zostawiłem samochód za rogiem, żeby mnie nie widzieli. Brama była otwarta. Na podwórku stały dwa obce samochody, a obok leżała kupa starych desek. Cholera, to była podłoga z salonu. Te same deski, po których uczyłem się chodzić.
Wszedłem do środka bez pukania. W drzwiach minął mnie jakiś chłopak z tatuażem na szyi, niósł wiadro z farbą. Spojrzał na mnie, jakbym mu przeszkadzał.
W salonie zobaczyłem Pawła i dwoje jego znajomych. Zrywali resztę podłogi. Jedna ściana już była pomalowana na jakiś wściekle zielony kolor. Meble po rodzicach, te dębowe, ciężkie, zsunęli na kupę i przykryli folią.
Paweł mnie zobaczył i zamarł. Z łomem w ręku.
– "Tato? Co ty tu robisz?" – wydusił z siebie.
– "Ja? To jest mój dom! Co wy tu, do cholery, wyprawiacie?! Kto wam pozwolił niszczyć ten dom?" – głos mi się trząsł.
– "My nie niszczymy, tylko remontujemy. Przystosowujemy go pod siebie" – odezwała się ta dziewczyna. Bezczelnie, prosto w oczy.
Paweł w końcu się ocknął. – "Mówiłem ci, że chcemy tu zamieszkać. Skoro nie chciałeś pomóc, to musimy radzić sobie sami".
Patrzyłem na niego i nie mogłem uwierzyć. To nie był mój syn. Stał przede mną jakiś obcy, roszczeniowy chłopak, który wpakował mi się do domu i zaczął go demolować.
– "Klucze. Skąd mieliście klucze?" – syknąłem.
– "Zapasowe były w domu" – mruknął i spuścił wzrok.
Miarka się przebrała. Czułem, że jak zaraz stąd nie pójdą, to może się to źle skończyć.
– "Macie godzinę. Spakujcie swoje rzeczy i wynoście się stąd" – powiedziałem tak zimno, jak tylko umiałem. – "Wszyscy".
– "Nie masz prawa! To jest też dom po dziadkach, należy się i mnie!" – krzyknął Paweł.
– "Nie, Paweł. To jest mój dom. A wy jesteście tu bez pozwolenia. Macie godzinę, albo dzwonię na policję".
"Następnego dnia wymieniłem zamki"
Stali i gapili się na mnie. Jego kumple jak zbite psy, a on patrzył z nienawiścią. Nie czekałem na dyskusję, wyszedłem. Usiadłem w samochodzie i patrzyłem. Po jakichś czterdziestu minutach wyszli. Spakowali się do swoich samochodów i pojechali, nawet się nie obejrzeli.
Następnego dnia o ósmej rano pod domem był już ślusarz. Wymienił zamki w drzwiach, w bramie i w komórce. Zapłaciłem mu i stałem chwilę na ganku z nowym pękiem kluczy w dłoni. Tego kompletu mój syn już nie zobaczy.
Minęły dwa tygodnie, a Paweł się nie odezwał. Nie wiem, gdzie jest, co robi. W domu po rodzicach bałagan, zerwana podłoga straszy, a na ścianie ta ohydna, zielona plama. Czasem siedzę wieczorem i myślę, gdzie ja popełniłem błąd.
Andrzej, 58 lat
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.