- Jestem w 38. tygodniu ciąży i odkrywam, że ktoś przepakował mi torbę do szpitala.
- Z torby znika moja piżama i kosmetyczka, a na ich miejscu jest koszula nocna teściowej.
- Teściowa mówi przez telefon, że urodziła trzech synów i ona wie lepiej.
- Na KTG położna wspomina o telefonie od „mojej mamy”, która chce wejść zamiast Bartka.
- Oddaję Bartkowi koszulę i mówię wprost, co ma załatwić z matką, zanim zacznie się poród.
„Spakowałam torbę, żeby mieć to z głowy”
Jestem księgową, więc jak się czegoś boję, robię listę. U mnie to nie było dwadzieścia punktów, tylko sześćdziesiąt dwa, rozpisane na dwóch stronach w kratkę. Potem, krok po kroku, składałam rzeczy w torbie: dokumenty w bocznej kieszonce, ładowarka do osobnej siateczki, piżama rozpinana na wierzchu.
Torba stała w sypialni obok komody. Trochę przeszkadzała, ale jednocześnie mnie uspokajała. Mąż, Bartek, żartował, że to moja „walizka ewakuacyjna”. Ja tylko poprawiałam rączki, żeby były równo, i udawałam przed sobą, że jak panuję nad suwakiem, to panuję też nad porodem.
Przyszła teściowa, Halina, z rosołem w słoiku i torbą mandarynek. Usiadła w kuchni i zaczęła wypytywać o wszystko: o wyniki, o imię, i czy „na pewno chcę to znieczulenie, bo kiedyś rodziło się normalnie”. Uśmiechałam się i przenosiłam talerze do zlewu, żeby mieć zajęte ręce.
„Wyjęłam z torby cudzą koszulę. Pachniało lawendą, jak u kogoś obcego”
Wieczorem, kiedy Bartek poszedł wynieść śmieci, weszłam do sypialni i spojrzałam na torbę. Nie umiałam powiedzieć, co jest nie tak, ale zamek był minimalnie przesunięty, jakby ktoś zapinał go w pośpiechu. Usiadłam na łóżku i rozsunęłam suwak.
Na górze leżała koszula nocna, wyprasowana tak, że miała ostre kanty na rękawach. Beżowa, z drobnym haftem pod szyją, taka, jaką widziałam kiedyś u teściowej na suszarce. Pachniała lawendową saszetką, tym słodkim zapachem, który zostaje w palcach, kiedy dotkniesz czyjejś pościeli.
Pod koszulą znalazłam różaniec, a obok kartkę wyrwaną z zeszytu. Była na niej lista z wykreśleniami: „niepotrzebne: kosmetyczka, kremy, własne jedzenie, rozpinana piżama (po co guziki?)”. Jakby ktoś robił porządek w moich rzeczach. Na dole, jak w instrukcji obsługi, zapisane było: „ODDYCHANIE: 4 wdech, 6 wydech, nie panikować”.
Mojej piżamy nie było. Mojej kosmetyczki też nie. Siedziałam z tą kartką na kolanach i nagle zrobiło mi się gorąco. Nie „ciążowo”. Raczej tak, jak wtedy, kiedy orientujesz się, że ktoś grzebał ci w szufladach.
„Zadzwoniłam do niej, a ona brzmiała, jakby miała do tego prawo”
Wybrałam numer Haliny, zanim w ogóle zdążyłam się zastanowić, czy powinnam. Odebrała od razu, jakby czekała. W tle słyszałam telewizor i stukanie łyżeczki o szkło.
- Halino, byłaś dzisiaj w naszej sypialni? Przekładałaś rzeczy w mojej torbie do szpitala?
- A bo widziałam, że stoi, to zajrzałam. I dobrze, bo ty się naczytasz internetów i potem dźwigasz pół łazienki. Urodziłam trzech synów, ja wiem, co się przydaje na porodówce.
Trzymałam telefon tak mocno, że aż bolał mnie nadgarstek. Próbowałam mówić spokojnie, jak do klienta, który wysłał fakturę z błędem i jeszcze ma pretensje. Powiedziałam, że nie życzę sobie, żeby ktokolwiek dotykał moich rzeczy.
- Klaudia, nie przesadzaj. Rodzić idziesz, nie na wesele. Koszula jest czysta, wyprasowana, miękka. Guziki to cię tylko będą denerwować. I różaniec ci się przyda, zobaczysz.
„Bartek próbował to obrócić w żart, a ja widziałam w tej koszuli jedno: ona się wtrąca”
Kiedy Bartek wrócił, stałam w sypialni z koszulą na wieszaku, jakbym właśnie znalazła obcy płaszcz w przedpokoju. Zobaczył moje spojrzenie i od razu spoważniał. Przez chwilę wyglądał, jakby sprawdzał, czy da się to załatwić żartem.
- Może mama chciała pomóc? Wiesz, ona tak ma. Szykuje się, przeżywa.
Podałam mu kartkę z listą. Przeczytał i zaczął się wiercić, jakby nagle zrobiło mu się niewygodnie we własnej koszulce. Wzięłam do ręki moją torbę i potrząsnęłam nią lekko. Grzechotnęła butelka wody, coś przesunęło się w środku, ale mojej kosmetyczki nadal nie było.
- Gdzie są moje rzeczy? Nie jej pomysły, tylko moje rzeczy.
Bartek zadzwonił do niej na głośnomówiącym. Halina mówiła szybko i pewnie, jakby czytała instrukcję obsługi. „Kosmetyczkę wzięłam, bo miałaś tam perfumy, a na porodówce to po co. Oddam, jak przyjadę”. Odłożyłam koszulę na łóżko i po raz pierwszy pomyślałam, że ona serio planuje w tym uczestniczyć, jakby to była kolejna rodzinna sprawa do ogarnięcia.
„Na KTG usłyszałam, że dzwoniła „moja mama”. Tylko że to nie była ona”
Dwa dni później siedziałam na oddziale, przypięta pasami do KTG. Papier z wykresem wysuwał się powoli, a ja wpatrywałam się w drgającą kreskę, jakbym miała z niej wyczytać, czy dzisiaj będzie poród. Bartek poszedł do automatu po kawę, bo od rana nic nie jadł.
Położna, konkretna kobieta z krótkimi włosami, zerknęła na moje dane i rzuciła to mimochodem, jakby mówiła o godzinach odwiedzin. „Wie pani, dzwoniła pani mama. Pytała, czy przy porodzie może być zamiast męża, bo on podobno się boi”.
Podniosłam głowę tak gwałtownie, że pas na brzuchu się przesunął. Moja mama nie jest typem osoby, która dzwoni gdziekolwiek, a już na pewno nie na oddział położniczy. Poczułam, jak mi twardnieją palce, i od razu miałam przed oczami lawendową koszulę.
- To nie była moja mama. Ona nigdzie nie dzwoniła.
Położna zmrużyła oczy, jakby coś jej się w głowie układało, i tylko skinęła. „Dobrze, to ja sobie odnotuję. Proszę się nie przejmować, tu obowiązują zasady, a nie telefony”. Ale ja już się przejmowałam, bo ktoś próbował zrobić z mojego porodu rezerwację miejsca.
„Spakowałam torbę od nowa i oddałam Bartkowi tę lawendową koszulę”
Po powrocie do domu pierwsze, co zrobiłam, to usiadłam na podłodze w sypialni i wysypałam zawartość torby. Dokumenty położyłam na komodzie, wodę wstawiłam do lodówki, a różaniec odłożyłam na bok. Nie mój, nie na teraz. Bartek stał w drzwiach i milczał.
Zadzwonił do matki i poprosił, żeby przywiozła moją kosmetyczkę i piżamę. Przyjechała po jakiejś godzinie, ale do sypialni już nie weszła. Zostawiła reklamówkę w przedpokoju i próbowała zagadać o pogodę, o korki, o to, że „na porodówce to teraz cuda robią”. Wzięłam swoje rzeczy i nawet nie zajrzałam do tej reklamówki, dopóki nie zamknęły się drzwi.
W reklamówce była ta koszula nocna, złożona równo, nadal pachnąca lawendą. Włożyłam ją z powrotem do reklamówki, zawiązałam supeł i podałam Bartkowi. Nie podnosiłam głosu, ale mówiłam wolno, żeby nie dało się mnie zbyć.
- Jeśli chcesz być przy porodzie, to najpierw ty powiedz swojej mamie, że jej tam nie będzie.
Patrzył chwilę na tę reklamówkę, jakby ważyła więcej niż koszula. Potem kiwnął głową i wyszedł na balkon zadzwonić. Słyszałam tylko urywki, „mamo, to nie jest twoja decyzja”, „nie, nie przyjedziesz pod salę”, „Klaudia ma rodzić spokojnie”. Torba leżała na podłodze, spakowana w końcu po mojemu. Poczułam coś nowego. To nie była pewność, raczej cisza, która wreszcie była moja.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.