Śledztwo w sprawie śmierci 46-letniej Katarzyny K. wciąż trwa, ale to, co ujawniono do tej pory, wskazuje na rażące zaniedbania służb. We wtorek, 9 grudnia 2025 roku, w godzinach popołudniowych do mediów dotarła informacja o wstrząsających wydarzeniach w miejscowości Rusiec w powiecie pruszkowskim, niedaleko Warszawy. Policjanci informowali wówczas, że 52-letni mężczyzna, Robert K., zaatakował swoją byłą żonę, 46-letnią Katarzynę. Agresor zadał jej ciosy nożem, a obrażenia okazały się na tyle poważne, że pokrzywdzona zginęła.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Służby ratunkowe wezwał 27-letni syn pary, zszokowany finałem konfliktu, który trwał między rodzicami od dawna. - To zgłoszenie wpłynęło o godzinie 16:20. Zespół ratownictwa medycznego stwierdził zgon 46-letniej kobiety na miejscu zdarzenia, a policjanci zatrzymali do sprawy 52-letniego mężczyznę – potwierdził w rozmowie z „Super Expressem” sierżant sztabowy Paweł Chmura z zespołu prasowego komendy stołecznej policji.
Nieoficjalnie podawano, że kobieta została zaatakowana przez byłego męża podczas sprzeczki, jaka się między nimi wywiązała. W tamtym okresie mundurowi nie precyzowali, czy do zbrodni doszło na terenie domu, czy szkoły językowej, która znajdowała się na posesji i w której pracowała ofiara. Na ciele Katarzyny K. odnotowano kilka ran kłutych zadanych nożem. Po dokonaniu morderstwa, podejrzany Robert K. uciekł z miejsca zdarzenia, lecz szybko został zatrzymany i aresztowany. Ostatecznie sam zgłosił się bowiem na komendę, stanął w korytarzu ubrudzony krwią ofiary.
Para była po rozwodzie, ale ich domy dzieliło kilka kilometrów. "Złamał zakaz sądowy"
„Super Express” relacjonował, że para była po rozwodzie i od dawna nie mieszkała ze sobą, choć oboje wciąż byli mieszkańcami tej samej miejscowości: ich domy dzieliło zaledwie kilka kilometrów. Mężczyzna miał sądowy zakaz zbliżania się do byłej żony. Tego dnia złamał postanowienie sądu i pojechał do niej. To spotkanie zakończyło się tragedią. Sąsiedzi, z którymi rozmawiali reporterzy, mówią o szoku i bezsilności. Wspominali Kasię jako ciepłą, zaangażowaną społecznie osobę, nauczycielkę języków, która pomagała dzieciom.
- Taką porządną dziewczynę zabił, to jest po prostu szok – mówił sąsiad zamordowanej, rzucając również światło na nieujawnione dotąd okoliczności sprawy. W jego ocenie, częściową winę za to, co się stało, ponosi bowiem wymiar sprawiedliwości oraz policja. Dlaczego? Katarzyna miała wielokrotnie zgłaszać, że były mąż ją prześladuje i nikt z tym nic nie zrobił. – To jest wina rządu i policji. Teraz przyjechali, dopiero jak ją zamordował? Znam sprawę, bo moją wnuczkę angielskiego uczyła, tu prywatnie, właśnie w tym domu. Kasia uczyła też w szkole podstawowej, zajmowała się podopiecznymi z domu dziecka. Bardzo społecznie się udzielała – wyliczał świadek.
Sprawca sam oddał się w ręce policji. Wszedł na komisariat cały zakrwawiony
Na tamtym etapie służby nie chciały komentować tych doniesień. Prokurator Piotr Antoni Skiba z Prokuratury Okręgowej w Warszawie przekazywał, że sprawa i ustalenia nadal są w toku, więc z uwagi na dobro postępowania nie będą na razie udzielane szczegółowe informacje. Zostały one ujawnione dopiero później, gdy emocje nieco opadły. Wówczas okazało się, że Robert K. po ucieczce z miejsca zdarzenia przejechał aż dwadzieścia kilometrów – do Piaseczna, gdzie oddał się w ręce policji. Nie wiadomo, dlaczego nie udał się do lokalnej komendy. Być może początkowo nie planował przyznać się do winy, lecz ruszyło go sumienie i zdecydował o rezygnacji z ucieczki.
- Nieoficjalnie wiemy, że 52-latek wszedł do budynku komendy w Piasecznie cały zakrwawiony. Funkcjonariusze natychmiast go zatrzymali i osadzili w areszcie – podawał „Super Express”. Podejrzany niedługo później usłyszał zarzut zabójstwa z zamiarem bezpośrednim, polegający na zadaniu pokrzywdzonej Katarzynie K. wielokrotnych ciosów nożem w okolice szyi. - Rany te skutkowały jej zgonem na skutek wykrwawienia. Za zarzucane przestępstwo grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności – potwierdził prokurator Piotr Antoni Skiba.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część tekstu znajduje się pod nią.
Do sądu od razu złożono wniosek o tymczasowe aresztowanie mężczyzny. W międzyczasie trwały przesłuchiwania różnych świadków. Z rozmów wynikało, że między byłymi partnerami pojawił się konflikt dotyczący podziału majątku, a Robert wysyłał Katarzynie wiadomości z pogróżkami. Dzień przed śmiercią napisał do niej SMS-a o treści „Idę po ciebie”. Mimo zakazu zbliżania i wielokrotnych zgłoszeń na policję, nikt nie zareagował należycie, by obronić poszkodowaną.
- Kasia średnio co tydzień była na policji i zgłaszała groźby. Nikt jej nie pomógł. Ta sprawa wymaga wyjaśnienia. On wysyłał wiadomości, w których jej groził. To było wręcz odliczanie dni do chwili, kiedy to zrobi – zdradziła znajoma ofiary w rozmowie z dziennikarzami portalu „Wirtualna Polska”. Policja potwierdziła, że podobne zawiadomienia były składane w przeszłości. Dlaczego nie zareagowano? – Komendant stołeczny policji polecił sprawdzić, w jaki sposób były realizowane czynności związane z tymi zawiadomieniami przez jednostkę prowadzącą – uciął inspektor Robert Szumiata z komendy stołecznej policji, pytany o sprawę przez reporterów tego samego serwisu.
Groził, ubliżał, nachodził. Nikt go nie aresztował. "Można było tego uniknąć"
Pani Ewa, pracująca w pobliżu, też mówi o groźbach kierowanych wobec Katarzyny. – Sytuacja z tym byłym mężem była nie od wczoraj. Dostawała od niego groźby, podobno miał zakaz zbliżania się do niej. Jeszcze w niedzielę, dzień przed tragedią, do niej pisał – wyznała kobieta, która o poszkodowanej, nauczycielce z pasją i dobrym sercem, słyszała same pozytywne rzeczy.
Katarzyna K. prowadziła szkołę językową i centrum edukacyjne, uczyła też w podstawówce w Woli Krakowiańskiej. W okolicy znał ją niemal każdy. Brak reakcji służb wobec zagrożenia, jakie stwarzał dla ofiary były mąż, wywołał olbrzymią dyskusję w mediach społecznościowych. Internauci zarzucają policjantom i wymiarowi sprawiedliwości, że przyczynił się do śmierci kobiety, w ostrych słowach atakując funkcjonariuszy. Skala tych wpisów była tak duża, że komenda zdecydowała się wydać specjalne oświadczenie dotyczące wydarzeń w podwarszawskiej miejscowości. Poinformowano tym samym o wszczęciu wewnętrznego postępowania, tak jakby chciano uspokoić opinię publiczną komunikatem o treści: nie zamieciemy sprawy pod dywan.
Służby sprawdzą, czy doszło do zaniedbań. "Przeprowadzimy czynności kontrolne"
- Komendant Stołeczny Policji natychmiast po zapoznaniu się z informacjami dotyczącymi przebiegu wydarzeń, poprzedzających zabójstwo 46-letniej mieszkanki miejscowości Rusiec, polecił wydziałowi kontroli KSP przeprowadzenie czynności kontrolnych – przekazano w wiadomości opublikowanej w internecie. Kontrola ma dotyczyć zarówno policjanta prowadzącego postępowanie przygotowawcze, jak i zastępcy komendanta oraz samego komendanta komisariatu policji w Nadarzynie. Gdy nagrywaliśmy ten odcinek programu, czynności wyjaśniające prowadzone były również wobec kierownictwa Komendy Powiatowej Policji w Pruszkowie, w celu określenia zakresu odpowiedzialności wynikającego z nadzoru nad podległą jednostką.
Oczywiście to wszystko nie wróci życia Katarzynie, ale może być sygnałem i lekcją na przyszłość, bo tego typu spraw mamy niestety w Polsce znacznie więcej. Oczywiście nadal badane będą wszelkie okoliczności tej historii, motyw Roberta K., szczegóły dotyczące przebiegu zbrodni i tego, co związane wokół niej. Postępowanie może potrwać jeszcze wiele miesięcy.
Głównemu podejrzanemu, czyli byłemu mężowi ofiary, 52-letniemu Robertowi K., za brutalne zabójstwo swojej ex-żony Katarzyny grozi kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności.