To było wyjątkowo słoneczne popołudnie. Nic nie zapowiadało takiej tragedii. - Wyszliśmy z Kamilkiem (1,5 r.) na spacer. Nagle usłyszałam dziwny tupot. Gdy odwróciłam głowę, zobaczyłam, jak w naszą stronę pędzi dzik. Dzieliło go od nas raptem kilka metrów - wspomina Jadwiga Matela. - Nie było czasu na ucieczkę! Złapałam dziecko na ręce i wtuliłam między siebie a płot - dodaje.
Rozsierdzone zwierzę z ogromną siłą wbijało swoje kły w ciało kobiety. Atakował nogi, plecy, pośladki. Rrozpruł grubą kurtkę, podziurawił sweter i zerwał spodnie z kobiety. Jej ciało było poszatkowane przez ostre kły. Maluchowi nic się nie stało, ale ona cała poraniona w bardzo ciężkim stanie trafiła do szpitala. Operacja trwała ponad 7 godzin. Długo leżała na oddziale intensywnej terapii. Po ponad miesiącu wyszła ze szpitala, jednak przez kolejne sześć dzień w dzień jeździła na oddział, by zmieniać opatrunki. - Do dziś chodzę na rehabilitację, czeka mnie kolejna operacja - mówi z bólem kobieta. - Daję radę jedynie przespacerować się do sklepu czy pobliskiego parku, oczywiście tylko o kulach - dodaje. - Mam 35-centymetrowy szew na lewej nodze i rozharatane nerwy w prawej. Już pewnie nigdy nie będę żyła normalnie. Noga cały czas mnie boli, nie mogę egzystować bez środków przeciwbólowych - żali się.
Ma 60 proc. uszczerbku na zdrowiu i drugą grupę inwalidzką. Tego dnia dzik zaatakował jeszcze sześć innych osób. Matela próbowała się dowiadywać na własną rękę w urzędzie miasta i nadleśnictwie w Ząbkach, czy może liczyć na jakąś pomoc, odszkodowanie. - Powiedziano mi, że muszę ustalić, do jakiego rejonu łowieckiego i do jakiej grupy, stadnej czy wolno latającej, należy dzik, który mnie zaatakował - mówi.
Władze miasta nie poczuwają się do odpowiedzialności. - Mamy wezwanie do zapłacenia odszkodowania. Sprawa na pewno znajdzie swój finał w sądzie - krótko skwitował całą sprawę Krzysztof Krajewski, inspektor ds. reagowania kryzysowego.